Diabeł pokonany

9 czerwca 2012

Postęp jaki warszawskie Orły wykonały w tym sezonie przyjęło się mierzyć tym, jak radzą sobie z wrocławskimi Diabłami. Pierwszy w tym sezonie bezpośredni pojedynek tych drużyn co prawda nie napawał kibiców Eagles optymizmem, ale ich pupile nadrobili to z nawiązką na własnym terenie.

Devils przyjechali do Warszawy osłabieni przede wszystkim brakiem... swojego trenera, Skipa Poole'a. W związku z problemami zdrowotnymi szkoleniowiec musiał wrócić do Stanów Zjednoczonych, a jego rolę przejął jeden ze sprowadzonych przez niego graczy, Christopher Adams. On, i pozostali gracze formacji defensywnej wrocławian rozpoczęli mecz od bardzo mocnego uderzenia.

Strzelanina
...zbyt mocnego: zatrzymali co prawda pierwszą serię ofensywną Orłów w trzech próbach, ale przy puncie jeden z zawodników Devils sfaulował Bretta Peddicorda. To oznaczało automatyczną pierwszą próbę dla gospodarzy, którzy kilka biegów (na jeden, 16-jardowy, zdecydował się nawet rozgrywający Kevin Lynch) i jedno podanie do Tyrone'a Landruma później, mogli świętować prowadzenie. W pierwszym tegorocznym meczu tych zespołów zdobyto w sumie 67 punktów. Początek drugiego też zapowiadał dobry dzień dla obu formacji ataku.

Prowadzona przez Krzysztofa Wydrowskiego ofensywa Devils nie dodała jednak od razu punktów do ogólnego bilansu. Zepchnięta pod własne pole punktowe, po tym jak pierwszy bieg Nilesa Mittascha został zatrzymany na stratę paru jardów, nie potrafiła zdobyć pierwszej próby. Na jej nieszczęście, nie skończyło się jednak tylko na puncie. Przez zbyt wysoki snap zamiast odkopnięcia obejrzeliśmy safety i prowadzenie warszawiaków zwiększyło się do 9:0.

Diabły, czując, że sytuacja może się szybko wymknąć spod ich kontroli, ostro zabrały się do pracy. Po krótkim biegu Wydrowski świetnie udał, że znów oddał piłkę swojemu biegaczowi, po czym posłał długie podanie do pozostawionego bez opieki Piotra Wisa. Ten pozwolił się co prawda dogonić obrońcom (jeden z nich po drodze staranował nawet stojącego na jego drodze sędziego), ale do przyłożenia brakowało już niewiele jardów, które dodał ostatecznie Mittasch. Przy 9:7 mecz zaczął się od nowa.

Do przerwy
...ale po tym restarcie ponownie nastąpiła szybka wymiana ciosów. Zaczęła się od przyłożenia już w serii po touchdownie Devils, kiedy świetny bieg Jakuba Juszczaka wybawiły Orły w trudnej sytuacji. Dodatkowe kilka jardów dodał ten sam zawodnik. Piłka wróciła w posiadanie, przegrywających znów 9 punktami, wrocławian... na bardzo krótko. Wydrowski przy pierwszej próbie podania długo szukał wolnego gracza, aż w końcu zdecydował się na ryzykowne zagranie do Mittascha. Amerykanina wyprzedził jednak gracz Orłów i przejął futbolówkę. Na połowie rywala Eagles potrzebowali tylko jednego zagrania: Kevin Lynch rzucił do Zbigniewa Smyczyńskiego, który był już za wszystkimi obrońcami gości i wynik zmienił się na 22:7.

Odpowiedź gości znów była głucha (zaczęli zresztą od zderzenia rozgrywającego i running backa) i piłkę po puncie odzyskali gospodarze. Ci znów byli bardziej „bezpośredni” w swoich poczynaniach i to znów im się opłaciło. Długie podanie Lyncha złapał, zbiegający do środka Marcin Jodłowski i futbolówkę odstawił dopiero 60 jardów dalej, w polu punktowym. 22 punkty straty zmotywowały Diabły do szybkiego działania i serii, w której zadziałało wszystko to, co działa u nich zazwyczaj. Po dobrej akcji powrotnej po wykopie, dobrze biegał Mittasch, a Wydrowski celnie zagrywał do Mazura. Metodycznie i krótkimi krokami, ale skutecznie udało im się skorygować wynik. Do przerwy warszawianie prowadzili 29:14.

Przechytrzeni
Po zmianie stron wrocławianie od razu pokazali, że nie mają zamiaru złożyć broni. Tym razem bardzo długie podanie do Mazura przeniosło ich do czerwonej strefy, gdzie następne zagranie Wydrowskiego złapał Layton Jones. Teraz przyszedł czas na diabelską, ciągle wyjątkowo zmotywowaną defensywę. Adams i jego koledzy z formacji dwukrotnie zatrzymali pierwsze dwie próby Orłów, ale warszawiacy doskonale radzili sobie w próbie trzeciej. Raz zresztą, w takiej właśnie sytuacji, Kevin Lynch wykorzystał to, że prawie całym zespołem blitzują Devils i po prostu pobiegł środkiem, zdobywając blisko 30 jardów.

Mimo tych momentów, cała seria zakończyła się dla Orłów „tylko” kopnięcie z pola, które dawało im 12 punktów przewagi. W swojej kolejnej, być może kluczowej serii Diabły nie ugrały nic w ataku: musiały odkopywać piłkę po trzech akcjach i znów liczyć na swoją obronę. Defensywę gości przechytrzył jednak głównie Landrum, który z pozycji rozgrywającego zdobył jednym biegiem prawie 40 jardów. W niczym nie pomogły też flagi, które uratowały gospodarzy w sytuacji „3rd and 15”. Faul osobisty oznaczał jednak, że Eagles za darmo wejdę do czerwonej strefy Devils, a chwilę później w ich pole punktowe (bieg Lyncha). 39:20 na początku czwartej kwarty oznaczało już niemal na pewno, że goście wrócą do domu z pustymi z rękami.

Nawet rekord
Do odwrócenia losów spotkania goście potrzebowaliby nagłego zrywu i szybkich dwóch przyłożeń, trochę, jak Eagles w końcówce i tak przegranego meczu we Wrocławiu. Zamiast tego pozwolili rywalowi dodać jeszcze jedno przyłożenie i  field-goala, sami nie punktując. To drugie, 52-jardowa udana próba Bretta Peddicorda była zresztą podwójnie bolesna, bo oznaczała też, że to gracz warszawiaków jest w tej chwili rekordzistą Polski w długości kopnięcia z pola. Odebrał tym samym tytuł należący wcześniej do... Krzysztofa Wisa z Devils.

Może rozjuszeni właśnie tym wrocławianie w samym końcu spotkania zaliczyli jeszcze jedną udaną serię ofensywną. Zdobyte w ostatnich sekundach przyłożenie Grzegorza Mazura ustalało tylko wynik końcowy i zmniejszało rozmiar porażki do 21 punktów. Oznaczało to, że w dwumeczu wyraźnie na punkty prowadzą Eagles i w przypadku takiej samej ilości zwycięstw, to oni zajmą miejsce wyższe niż drużyna z Wrocławia.

W zapowiedzi tego spotkania Seweryn Plotan, menadżer Diabłów, słusznie zauważał, że Orły od kilku sezonów próbują dogonić zespół z Dolnego Śląska. Plotan twierdził jednak, że w tym sezonie to się jeszcze zespołowi ze stolicy nie uda. O tym, jak jest naprawdę przekonamy się zapewne dopiero po ostatnim meczu sezonu (w drodze do którego drogi Eagles i Devils prawie na pewno znów się skrzyżują), ale ten mecz, najwyższa porażka jakiej Diabły doznały od ponad 3 lat, musi już teraz dawać ich włodarzom do myślenia...


Klątwa zdjęta
Z Maciejem Traczykiem, safety Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Jakie to było uczucie, wreszcie wygrać z Diabłami, po tylu porażkach z rzędu?
Uczucie było niesamowite, mimo że troszeczkę spodziewałem się zwycięstwa. Nie była to pycha, ale już we Wrocławiu byliśmy bardzo blisko osiągnięcia tego celu, dlatego byłem przygotowany na to że może się udać. Ale uczucie i tak było niesamowite, bo Devils to naprawdę mocna drużyna, a my nie wygraliśmy z nimi przypadkiem, trzema czy pięcioma punktami, ale wyraźnie, prowadząc prawie do samego końca.

Co właściwie zrobiliście, że między pierwszym a drugim meczem była tak duża różnica?
Przede wszystkim to, co miało wychodzić, wychodziło. Nasza ofensywa dosyć szybko weszła w rytm gry (czego brakowało we Wrocławiu), a defensywa zneutralizowała Mittascha i pozwolić całemu atakowi Devils zdobyć tylko ok. 50 jardów akcjami biegowymi. Podaniami goście zdobyli ich trochę więcej, ale to dlatego, że skupiliśmy się na Mittaschu i nie wszystko dało się przykryć. Ostatecznie i tak udało nam się przechwycić dwa podania Krzysia Wydrowskiego więc tutaj też nie wypadliśmy źle.

W najbliższy weekend będzie kibicować Devils?
Tak, wygrana Devils z Seahawks sprawia, że wskakujemy na pierwsze miejsce i w półfinale gramy z teoretycznie najsłabszą drużyną z pierwszej czwórki.

A jeśli będziecie musieli zagrać z Diabłami jeszcze raz w półfinale?
Wydaje mi się, że ten mecz pokazał, że nie mamy się czego obawiać. Nie jest to nadmiar pewności siebie, ale dziś pokazaliśmy, że da się wygrać z Diabłami i że klątwa została zdjęta. Jeśli to będą Devils, będzie trudniej, ale też będziemy na to przygotowani.


Tym razem lepsi
Z Przemysławem Cudakiem, linebackerem Devils Wrocław, rozmawia Adrian Fulneczek.

Eagles wygrali zasłużenie?
Niestety tak. Tym razem byli lepsi od nas pod każdym względem. Zagrali mecz praktycznie bez żadnych błędów. My natomiast, popełniliśmy ich za dużo – zarówno tych  taktycznych, jak i indywidualnych.

Te 21 punktów przewagi dobrze odzwierciedla różnicę między Waszymi drużynami w tym meczu?
Gramy na takim samym poziomie i nie wydaje mi się, że te 20 punktów odzwierciedlało różnicę między nami. Po prostu, Eagles tego dnia popełnili mniej błędów.

Pojechaliście do Warszawy bez trenera Poole'a. Myślisz, że to miało spory, negatywny wpływ na was?
Skłamałbym, mówiąc, że nie. Wiadomo, że gdy drużynę opuszcza największy mentor zawsze ma to jakieś odbicie na zawodnikach i atmosferze w klubie, ale nie można też zwalać całej winy za tą porażkę na nieobecność trenera. Niestety Trener Poole miał od dłuższego czasu problemy ze zdrowiem w związku z czym musiał wrócić do Stanów Zjednoczonych.

Jak Christopher Adams radzi sobie w roli jego zastępca?
Trudno jest grać i kierować zespołem równocześnie. Jak na razie uczy się tego i idzie mu całkiem dobrze. Efekty jego pracy zobaczymy, mam nadzieję, już w meczu z Seahawks.

Jak nastawienie przed tym spotkaniem?
Nastawienie mamy jak zawsze bojowe. Porażka z Eagles dużo nas nauczyła, wiemy jakie błędy musimy wyeliminować i będzie już tylko lepiej.

A jeśli w półfinale znów przyjdzie Wam zagrać z Orłami?
...to tegoroczny finał będzie kolejnym bez ich udziału.

Warsaw Eagles - Devils Wrocław 48:27 (9:7, 20:7, 3:6, 16:7)

I kwarta

7:0 przyłożenie Tyrone’a Landruma po 10-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
9:0 dwa punkty dla Eagles po błędzie przy wprowadzaniu piłki przy odkopnięciu przez Devils (safety)
9:7 przyłożenie Nilesa Mittascha po 2-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Krzystof Wis)
15:7 przyłożenie Jakuba Juszczaka po 3-jardowej akcji biegowej

II kwarta

22:7 przyłożenie Zbigniewa Smyczyńskiego po 34-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
29:7 przyłożenie Marcina Jodłowskiego po 61-jardowej akcji  po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
29:14 przyłożenie Tomasza Tarczyńskiego po 3-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Krzysztof Wis)

III kwarta

29:20 przyłożenie Laytona Jonesa po 14-jardowej akcji po podaniu Krzysztofa Wydrowskiego
32:20 44-jardowe kopnięcie z pola Bretta Peddicorda

IV kwarta

39:20 przyłożenie Kevina Lyncha po 6-jardowej akcji biegowej  (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
45:20 przyłożenie Piotra Osuchowskiego po 3-jardowej akcji biegowej
48:20 52-jardowe kopnięcie z pola Bretta Peddicorda
48:27 przyłożenie Grzegorza Mazura po 1-jardowej akcji po podaniu Krzysztofa Wydrowskiego

Mecz obejrzało 1000 widzów.