Plan 2-letni

12 lipca 2012

Po sześciu zwycięstwach Devils z rzędu, Orły zaczynają brać rewanż i poprawiać bilans bezpośrednich spotkań z wrocławianami. Co ważniejsze, przy trzecim podejściu po raz pierwszy pokonali rywali z Dolnego Śląska w meczu o awans do finału.

Diabły tryumfowały w półfinałowych potyczkach rozegranych z warszawiakami w latach 2010 (54:13) i 2011 (31:13). Jak widać po wynikach, ich mecze stawały się coraz bardziej wyrównane. Ten ubiegłoroczny, który kończył pierwszy sezon warszawskich prób dogonienia wrocławskiej czołówki, jest chyba szczególnie ważny. Orły wyjechały wtedy z Wrocławia sfrustrowane i przyrzekające szybką zemstę. Nie kłamały.

Sporo i pechowo
Devils z kolei, po dwóch latach na szczycie, w tym sezonie po raz pierwszy przegrywali z kimś innym niż lokalni rywale z The Crew, a na koniec sezonu zasadniczego wypadli też poza pierwszą dwójkę tabeli... To wszystko we Wrocławiu nowości. Problemy, z którymi Diabły musiały się w tym sezonie zmagać może aż tak nowe nie były, ale ich kumulacja w tak krótkim okresie czasu, to coś naprawdę niespotykanego. Choroba trenera, zwolnienie dwóch amerykańskich graczy, kontuzjowane plecy rozgrywającego i zmiana na tej pozycji w 8 kolejce sezonu, zbyt mało ze strony amerykańskiego skrzydłowego... Sporo i pechowo.

Jak dotąd mieli co prawda na wszystkie te bóle jedno bardzo skuteczne rozwiązanie: zawodnika z numerem 5. na koszulce. Niles Mittasch miał też bez wątpienia odegrać ważną rolę w półfinałowej batalii. Nawet jeśli Devils pamiętali, że w poprzednim meczu przeciwko Eagles warszawiacy nastawili się na zatrzymywanie jego biegów, pozwalający mu na zdobycie w sumie tylko kilkudziesięciu jardów, to teraz musieliby też bardziej obawiać się gry podaniowej Vinniego Mirotha. Mittasch miałby więc więcej swobody... gdyby tylko nie naciągnął mięśnia już w drugiej – ostatniej dla niego – ofensywnej akcji swojego zespołu w tym meczu.

Pomóc defensywie
Przed tym spotkaniem wydawało mi się, że tak naprawdę, mimo ofensywnych – czy raczej, właśnie z ich powodu – możliwości obu drużyn, decydujący w tym starciu będą defensywy. Bo to, że jedni i drudzy będą punktować wydawało się prawie pewne. Pytanie brzmiało raczej, która obrona pozwoli wbić sobie tych punktów więcej. Defensywa Devils zaczęła dobrze, nie pozwalając w pierwszej serii Orłów na zdobycie pierwszej próby, a w kolejnej, zatrzymując rywali w swojej czerwonej strefie i do tego prowokując niecelne kopnięcie z pola.

Żeby podtrzymać taką passę, „coś” musiałaby jednak ugrać też ich ofensywa, dać defensywie czas na wypoczęcie. Wrocławianie jednak, niepewni co grać bez Mittascha w drugiej serii znów oddali piłkę po tylko trzech próbach i ich obrona znów wybiegła na 32 stopniowy upał. Po świetnej akcji powrotnej Tyrone'a Landruma goście musieli zresztą bronić się już na własnej połowie. Orły szybko to wykorzystały: w drugiej próbie Grzegorz Janiak złapał podanie, wbiegając w środek pola, między dwoma defensorami i kończąc akcję dopiero w polu punktowym.

Sporna
Diabły pozostały tym razem na murawie trochę dłużej, ale po jednej pierwszej próbie, znów musiały odkopywać piłkę (oba zespoły utrudniały sobie życie flagami). Eagles przesuwali się po boisku sprawniej, ale obrona wrocławian też stanęła w końcu na wysokości zadania. A więc kolejny punt. Goście próbowali wrócić do gry biegowej z nominalnym fullbackiem, Tomaszem Tarczyńskim, w roli running backa, co wyszło im nawet dobrze, ale jego zdobycz jardowa i tak została anulowana przez holding. W efekcie, kolejne odkopnięcie, które zepchnęło gospodarzy na ich własną połowę.

Podobnie jak przy pierwszym przyłożeniu, Orły zagrały najpierw (szybko przerwaną) akcję biegową, a później podanie w kierunku Janiaka. Ten znów nie zawiódł, urywając się przeciwnikom i przebiegającym tym razem aż 60 jardów. Wydawało się, że zdobył drugie tego dnia przyłożenie, ale sędziowie uznali, że tight-end wypuścił piłkę z rąk jeszcze przed przekroczeniem linii pola punktowego. - Wbiegłem w pole (a przynajmniej takie miałem wrażenie) i wyrzuciłem piłkę, bo myślałem, że zdobyłem już touchdown. Sędziowie stwierdzili, że było inaczej i trochę dziwi mnie ich podejście, to takie szukanie dziury w całym – opisuje tę sytuację zawodnik. Niezależnie od tego kto miał rację, Eagles i tak chwilę później prowadzili 13:0, bo w trzeciej próbie brakujący jard dodał Landrum (w pierwszych dwóch Devils ładnie wybronili biegi środkiem).

Na jego miejscu
Ciekawym urozmaiceniem tego spotkania byli – w jego internetowej transmisji – goście komentatora. A w szczególności Krzysztof Wydrowski, który został postawiony przed trudną koniecznością przyglądania się poczynaniom swoich kolegów z linii bocznej. Gdy zaglądał do budki komentatorskiej dawał widzom jednak perspektywę kogoś, kto bardzo dobrze zna nie tylko Diabły, ale też grę w najważniejszych krajowych spotkaniach jako rozgrywający. Nic więc dziwnego, że mógł coś podpowiedzieć Vinniemu Mirothowi.

Gdy wrocławianie, po stracie drugiego przyłożenia potrzebowali na własnej połowie tylko jarda do kolejnej pierwszej próby, Wydrowski mówił, że na miejscu amerykańskiego rozgrywającego zdecydowałby się na qb-sneak, zamiast oddawania piłki do Tarczyńskiego. - W drugim przypadku można stracić jardy, a qb-sneak to pewniejsza zagrywka – dodawał. Miroth i Devils wybrali jednak bieg ich fullbacka, co skończyło się jeszcze gorzej: fumblem i przejęciem futbolówki przez Krzysztofa Dregera. Na szczęście dla gości, sędziowie cofnęli chwilę później kolejne przyłożenie Janiaka, za holding innego gracza Orłów i gospodarze zadowolili się w końcu tylko kopnięciem za trzy punkty.

Broń maszynowa
Przed przerwą, dzięki długiej akcji Grzegorza Mazura, Devils mogli wreszcie skorygować wynik. Niestety ich skrzydłowy, Karol Pełechaty już w czerwonej strefie, zamiast od razu wybiec poza boisko chciał zdobyć jeszcze kilka dodatkowych jardów i czas połowy upłynął. Szkoda, bo nawet kopnięcie z pola mogłoby poprawić nastroje wrocławian, którzy trzecią kwartę zaczęli tylko od 3 krótkich akcji i puntu. Znacznie lepiej swoje pierwsze posiadanie piłki wykorzystali natomiast Eagles, którzy stawiając głównie na akcje biegowe, przeszli większość boiska, kończąc serię podaniowym przyłożeniem Landruma.

Diabły, w których szeregach Miroth rozrzucał kolejne podania jak broń maszynowa (znaczy, celniej niż karabin, ale równie mocno przez co jego skrzydłowi nie radzili sobie często z łapaniem tych piłek) przebudziły się dopiero, gdy długie podanie Lyncha zostało przejęte na ich połowie. Kim Thompson, Łukasz Owczarek, Mazur i akcja biegowa Tarczyńskiego w czwartej próbie pomogły przenieść ich do czerwonej strefy. Tam, mimo upuszczonego podania w drugiej próbie Owczarka, w trzecie próbie pewniejszym chwytem popisał się Layton Jones i (po niepotrzebnie podaniowej akcje za dwa punkty – bieg Tarczyńskiego byłby pewniejszym rozwiązaniem) goście przegrywali 23:6.

Na osłodę
Wrocławianie widzieli oczywiście, że muszą się pospieszyć z odrabianiem strat. Spróbowali więc onside-kicka, ale bez powodzenia. Przez niecałą połowę boiska niemal w pojedynkę Eagles przeprowadził wtedy Jakub Juszczak i on też wykończył serię biegiem po przyłożenie. Kolejny running-back, z którego usług Orły mogły korzystać tak późno w meczu (początek czwartej kwarty), to było dla obrony rywali już za wiele – pokazywało też kadrowy kontrast między tymi zespołami, bo w Devils, po kontuzji Mittascha, biegać z piłką próbowała ciągle tylko jedna osoba, nominalny fullback. Warszawiacy mają z kolei na to tą pozycję co najmniej czterech graczy.

Przy 30:6 widzom i kibicom z Wrocławia pozostawało już tylko liczyć na cud (którego chcieli chyba też bezstronni, bo to lepiej dla widowiska). Ten jednak, mimo kolejnej imponującej akcji Jonesa, który tym razem popędził ze złapaną futbolówką 65-jardów i nie dał się dogonić już nikomu, nie nadszedł. Defensywa Devils (również z Jonesem i robiącym wszystko co możliwe, żeby odwrócić losy meczu, Przemysławem Cudakiem) zatrzymała co prawda po przyłożeniu Jonesa atak Orłów, ale w pierwszej akcji podaniowej pod swoim polem punktowym błąd popełnił Miroth. Jego krótkie podanie przejął Maciej Traczyk i zamienił tę zdobycz na touchdown. 37:12.

Na osłodę dla Diabłów, wynik skorygował jeszcze świetną akcją powrotną na przyłożenie Grzegorz Mazur, ale to było już – jak mawiają Anglicy - ”too little, too late” (za mało, za późno). Eagles awansowali dalej, rewanżując się za porażkę sprzed roku i wykonując kolejne zadanie w swoim „Planie 2-letnim”. Potrzebują jeszcze jednej wygranej, żeby ogłosić go sukcesem i rozpocząć realizację kolejnego. Jeśli chodzi o wrocławian, po sezonie szybko spróbują zapewne przeanalizować przyczyny swoich niepowodzeń i wdrożyć plan kilkumiesięczny, który po przerwie pozwoli im wrócić na futbolowe szczyty. W tym sezonie muszą jednak uznać wyższość rywala ze stolicy.


Proces trwa
Z Phillipem Dillonem, trenerem głównym Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Czuł pan w trakcie całego spotkania, że to Eagles je kontrolują?
Wydawało mi się, że to my kontrolowaliśmy grę. Oczywiście z tak dobrym zespołem jak Devils, nie można być zbyt pewnym siebie. To dobry rywal, który w każdym pojedynku walczy do samego końca. Szybko nadaliśmy temu spotkaniu jednak ton i dzięki temu układało się dalej po naszej myśli. Zespół świetnie wykonał plan gry i mimo kilku błędów, moi gracze ciągle pamiętali o tym, co chcemy osiągnąć.

Czy kontuzja Nilesa Mittascha ułatwiła wam zadanie? Byliście przygotowani na powstrzymywanie jego biegów?
Nie powiedziałbym, że ułatwiło, bo oznaczało więcej gry podaniowej ze strony Devils. Łatwiej skoncentrować się na zatrzymaniu jednego biegacza niż 4 czy 5 skrzydłowych. Ale owszem, mieliśmy plan jak zwolnić Mittascha i nie pozwolić mu biegać tak, jak w pierwszym meczu z nami. Pokazaliśmy, że to możliwe w rewanżu w Warszawie. Mittasch, to świetny running back i jego brak na pewno sporo namieszał w szeregach wrocławian, bo to główny zawodnik w ich systemie.

Gdy w Devils cały mecz w zastępstwie Amerykanina rozegrał nominalny full back, u Was w czwartej kwarcie wchodził do gry kolejny, świeży running back. Większy roster gwarantuje sukces?
Na mecz z Diabłami mieliśmy 5 halfbacków, 2 fullbacków i jeszcze 3 graczy z doświadczeniem na tych pozycjach. Nie uważam jednak, że "większe znaczy lepsze". Liczy się zrozumienie systemu. U nas wielu graczy ciężko pracuje, żeby dostać szansę występu. Trudno jest w dniu meczowym zostawić 10 chłopaków poza składem. Jedną zaletą sporej kadry jest jednak rywalizacja: np. niektórzy z naszych biegaczy lepiej radzą sobie z taką zagrywką, inni z inną. Staramy się więc wyciągnąć maksimum z każdej akcji dzięki posłaniu do boju odpowiedniego zawodnika.

Można powiedzieć, że w Eagles trwa coś w rodzaju "Planu 2-letniego"? Procesu zmian rozpoczętego w poprzednim sezonie, którego ukoronowaniem ma być mecz na Stadionie Narodowym?
Cóż, nie szaleję za komunistycznym odniesieniem... ale - mimo że nie jestem trenerem jeszcze całe 2 lata - to próbuję wdrożyć taki plan. Moim celem było wyuczenie nowych graczy i zintegrowanie ich ze starszymi, bardziej doświadczonymi graczami, żeby w ten sposób zmienić nasz zespół. Mamy w kadrze chwilowo 17 byłych graczy "B"Eagles więc chyba, jak na tak krótki czas, udało się nam to całkiem dobrze. Od samego początku celem był też awans do finału, ale tylko idący w parze z poprawą umiejętności moich graczy. Nadal mamy sporo miejsca na poprawki, ale idziemy w dobrym kierunku. Myślę, że to raczej początek procesu. Ja w każdym razie jeszcze nie skończyłem.


Nie są lepsi
Z Łukaszem Owczarkiem, skrzydłowym Devils Wrocław, rozmawia Adrian Fulneczek.

Przepraszam, że od tego zaczynam rozmowę ze skrzydłowym, ale jak bardzo Wasz game-plan zepsuła kontuzja Nilesa Mittascha?
Kontuzja Nilesa bardzo pokrzyżowała nasz game plan. Od przyjazdu Vinniego zaczęliśmy w końcu być zbalansowaną ofensywą i niestety kontuzja naszego podstawowego running backa w takim momencie sprawiła, że musieliśmy skupić się na grze podaniowej. Tomek Tarczyński rozegrał bardzo dobry mecz, ale to inny typ running backa.

W efekcie Wasz quarterback miał prawie 50 prób podań...
Vinnie zdecdował się na grę górą i niestety nasi receiverzy (w tym ja) nie pomogli mu, wielokrotnie nie łapiąc jego podań... 

Wierzyłeś w czwartej kwarcie, że możecie jeszcze nadrobić te trzy przyłożenia straty i jednak wyjechać z Warszawy ze zwycięstwem? I czy Orły wygrały zasłużenie?
Do samego końca wierzyłem w to, że możemy ten mecz wygrać - szczególnie po udanym onside kicku. Niestety tak się nie stało. Eagles wygrali zasłużenie, chociaż nie uważam, że są lepszą drużyną! Mieliśmy w tym sezonie mnóstwo problemów i nie chciałbym tłumaczyć nimi porażki, ale wyobraź sobie Eagles bez trener Dillona, którzy na dodatek tracą Ty Landruma w pierwszej akcji...

To prawda, byłoby im znacznie trudniej, ale pech nie opuszczał jednak Was, a nie rywali i to oni grają dalej, a Devils kończą sezon. Będziecie go oceniać negatywnie?
Ten rok to była ciągła walka z różnego rodzaju problemami i zarząd klubu, przed sezonem brałby chyba 3 miejsce w ciemno. Dlatego, mimo wszystko rok oceniamy pozytywnie bo próbowano nas zlikwidować, a pokazaliśmy charakter i walczyliśmy o Mistrzostwo Polski.

Warsaw Eagles - Devils Wrocław 37:20 (7:0, 9:0, 7:6, 14:14)

I kwarta
7:0 przyłożenie Grzegorza Janiaka po 34-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)

II kwarta
13:0 przyłożenie Tyrone’a Landruma po 1-jardowej akcji biegowej
16:0 44-jardowe kopnięcie z pola Bretta Peddicorda

III kwarta
23:0 przyłożenie Tyrone’a Landruma po 14-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
23:6 przyłożenie Laytona Jonesa po 18-jardowej akcji po podaniu Vinnie’go Mirotha

IV kwarta
30:6 przyłożenie Jakuba Juszczaka po 7-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
30:12 przyłożenie Laytona Jonesa po 65-jardowej akcji po podaniu Vinnie’go Mirotha
37:12 przyłożenie Macieja Traczyka po 16-jardowej akcji powrotnej po przechwycie (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
37:20 przyłożenie Grzegorza Mazura po 47-jardowej akcji powrotnej po odkopnięciu (podwyższenie za dwa punkty Tomasz Tarczyński)


Mecz obejrzało 900 widzów.