Momenty magiczne

24 kwietnia 2012

Kolejny genialny występ Tyrone'a Landruma, punktowe przełamanie Rebeliantów i wisząca w powietrzu nadzieja na niespodziankę, skutecznie podtrzymywana przez szalejących kibiców gospodarzy. W Katowicach działo się wiele.

Warszawskie Orły biegające po murawie stadionu katowickiego Rozwoju kojarzą mi się przede wszystkim z jednym z najbardziej emocjonujących spotkań w historii polskiego futbolu. Meczem, który moim zdaniem był łabędzim śpiewem, ostatnim wielkim występem (wtedy jeszcze) Górników ze Śląska. Chodzi oczywiście o półfinałowe zwycięstwo gospodarzy nad gośćmi z Warszawy w sezonie 2009 (31:26), które stawiam nawet ponad ich późniejszą, finałową wygraną z The Crew. Bo to właśnie w meczu z Eagles działy się rzeczy magiczne. Coś, czego przebłyski katowiczanie pokazali ponownie dopiero dwa i pół roku później, w czwartej kolejce Topligi 2012.

Przegrać? A czemu nie
22 kwietnia 2012 chyba nikt ze zgromadzonych na stadionie Rozwoju nie miał wątpliwości, że niepokonani w tym sezonie warszawiacy są wyraźnym faworytem. Ale niewielu miejscowym zdawało się to też przeszkadzać. Ich drużyna mogła przegrać, nikt nie miałbym im tego za złe. Rebelianci mieli tylko pokazać na co ich stać; odbić się po dwóch porażkach z rzędu, w których sami nie zdobyli punktów ani razu, a stracili ich ponad 100. Cóż, tym razem nie kazali swoim kibicom czekać zbyt długo. Już otwierający mecz, długi wykop Orłów na prawie-przyłożenie zamienił James Dobson (zatrzymał go dopiero kopacz gości, Brett Peddicord). Brakujące trzy jardy dołożył rozgrywający Michał Kołek i stadion zawrzał z radości.

Szansę na podobnie dobrą akcję powrotną otrzymali Eagles, ale zdobyli tylko 30 jardów.  Na dodatek zbyt długo czekali z wprowadzeniem piłki do gry i sędziowie cofnęli ich za to o 5 jardów. Trzy biegi nie dały im pierwszej próby: ten ostatni, niezbyt udany reverse, zakończył się zatrzymaniem Tyrone'a Landruma na stratę paru jardów. Trybuny szalały, a przy puncie znów straszył Dobson. Dzięki niemu Rebels rozpoczynali atak już na połowie rywali. Mimo 9 jardów w pierwszej próbie, brakujący jeden dołożyli dopiero po biegu Pawła Szmandry w próbie czwartej. Później wreszcie zagrali akcję podaniową. I to jak! Po zmyłce rozgrywający gospodarzy posłał futbolówkę w pole punktowe, gdzie w otoczeniu dwóch rywali złapał ją Zbigniew Szrejber. Euforia, w którą zastępy kibiców na trybunach to wprawiło, dopisuję do listy momentów magicznych tego obiektu.

Ten ze szpilką

Musisz przyznać, że całkiem entertaining ten mecz.
podsumował jeden z kibiców w przerwie meczu

Bańka z nadziejami została nagle rozdmuchana do granic wytrzymałości tymi dwoma akcjami gospodarzy. Może niespodzianka była możliwa? W drużynie Orłów był jednak jeden zawodnik, który z bardzo zimną krwią postanowił potraktować tę bańkę szpilką – i to kilkukrotnie. Zaczął od świetnej akcji powrotnej, po której dosłownie wszedł w pole punktowe (przez chwilę wydawało się zresztą, że niczym DeSean Jackson odwróci się do rywali i teatralnie „wpadnie do środka”). Jego elektryzująca akcja nastroiła też odpowiednio defensywę Eagles. Rebels zdobyli co prawda dwie pierwsze próby, ale liniowi przeciwnika zbliżali się niebezpiecznie do Michała Kołka. Dotarli do niego już na połowie gości, w trzeciej próbie, po tym jak w ostatniej chwili odrzucił on piłkę (przejętą przez Adama Pogorzelskiego). Znokautowany rozgrywający przez chwilę nie podnosił się z murawy, ale wreszcie opuścił ją o własnych siłach. - To twardziel. Przecież zaczynał jako safety. Parę sezonów temu był największym hard-hitterem w lidze - mówił mi jeden z kibiców Rebels.

Gdy Kołek i formacja ataku dochodzili do siebie przy linii bocznej, na murawie Kevin Lynch i spółka zbierali flagę za flagą. Te, nie dość, że anulowały ich zdobycze jardowe, to sprawiły wreszcie, że  biało-pomarańczowi musieli w trzeciej próbie przejść ponad 20 jardów i grać z własnego  piątego jarda. Misja Niemożliwa? Nie dla (trochę wyższego od Toma Cruise'a) Landruma. Jeśli wcześniej miał szansę zachować się jak DeSean Jackson, teraz błysnął akcją Victora Cruza z meczu przeciwko New York Jets. Skrzydłowy Giants musiał co prawda tylko odwrócić się w odpowiednim momencie, Landrum natomiast najpierw wyrwał się kryjącemu go Dobsonowi, a później pędząc wzdłuż linii minął jeszcze dwóch Rebeliantów idealnie balansując ciałem i zakończył swój bieg 95 jardów dalej. Orły prowadziły 14:13.

Jazda, jazda, jazda - Srebrna Gwiazda!
Wynik nadal nie był dla gospodarzy zły. I nadal widzieli w tym meczu swoją szansę. Dlatego atakowali. Dobry bieg Jana Musila wprowadził ich ponownie na połowę drużyny Phillipa Dillona, ale tam kolejna próba długiego podania zakończyła się przechwytem. Tym razem czujniejszy niż przy przyłożeniu Szrejbera był Claude Tindong. Goście zaczęli swój marsz po następne punkty: biegi Adama Nawrockiego i podanie do Jakuba Zdunia pomogły przygotować scenę pod kolejne przyłożenie Landruma. Tym razem zupełnie niekryty Amerykanin złapał podanie Lyncha i zmienił wynik na 13:21. Dopiero wtedy zakończyła się pierwsza kwarta spotkania.

Po szybkiej zmianie stron znów groźnie prezentowali się Rebels. Gdyby długiego podania Kołka przez ręce nie przepuścił Sebastian Tyrka, Srebrna Gwiazda (jak – za sprawą przyśpiewki „jazda, jazda, jazda: Srebrna Gwiazda!” - swoich pupili określali katowiccy kibice) byłaby w czerwonej strefie gości. Wszystko skończyło się jednak puntem i kolejną długą serią dobrze mieszających swoje zagrywki Eagles. Pomagały im, przede wszystkim, biegi Nawrockiego (ponad 30 jardów), ale też podania, które do wielu różnych graczy posyłał Lynch. O punkty, po nieczęstym dla siebie, długim biegu z piłką zadbał ostatecznie sam rozgrywający. Zespół z Górnego Śląska przegrywał już dwoma przyłożeniami, ale... od czego są akcje powrotne?

Nadzieja pojawia się i znika
Znów popisał się Dobson, którego (znów) do parteru sprowadził dopiero kopacz Eagles. Tym razem do punktów brakowało co prawda 14 jardów, ale Rebelianci nie mieli zamiaru zmarnować takiej okazji. Po kolejnej zmyłce Kołka udało im się zdobyć przyłożenie „kontaktowe”. Na stadionie Rozwoju znów było przez chwilę magicznie. Gospodarze pozostawali w grze, naciskali faworyta, mogli sprawić niespodziankę!  Stan ten trwał jednak tylko przez kolejne 60 sekund czy dokładniej tyle czasu ile potrzebuje formacja specjalna, by ustawić się do wykopu, a Tyrone Landrum, żeby przebiec zygzakiem przez większość murawy, mijając po drodze kilku graczy w czarnych strojach. Eagles odzyskali swoją przewagę, a już w kolejnej akcji odzyskali też zgubioną przez Rebels piłkę. Tym razem głównie biegami Piotra Osuchowskiego doszli do pola punktowego i prowadzili już wyraźnie - 42:20.

Gospodarze mieli przed przerwą jeszcze około minutę na swoją serię ofensywną. Niewiele, ale wystarczająco. Dwa wyjątkowo ważne podania złapał Tyrka, a później, gdy na zegarze pozostały już naprawdę tylko sekundy, wysokie podanie Kołka zdołał utrzymać w rękach Dobson. Srebrna Gwiazda nadal nie miała zamiaru się poddawać, a fani byli tym zachwyceni. Gdy zespoły schodziły na przerwę, fani z Górnego Śląska już chyba czuli się trochę wygrani: ostatni, 26. zdobyty punkt oznaczał, że Rebels potrzebowali tylko dwóch kwart, żeby stać się drużyną, przeciwko której Eagles stracili w tym roku najwięcej punktów. Nastroje więc dopisywały. - Musisz przyznać, że całkiem entertaining ten mecz – podsumował mieszanką języków ktoś w przerwie. Fakt, było całkiem entertaining.

Mecze sezonu
W szatni Rebels mówiło się w przerwie, że jeśli już się przełamać i kogoś pokonać, to najlepiej od razu lidera. Nastroje były wyjątkowo bojowe. Wystarczyło przecież odrobić dwa przyłożenia... Trzy - już po pierwszej serii Orłów, które rozpoczynały drugą część spotkania. To, kolejne na koncie Landruma przyłożenie ostudziło zapały katowiczan, którzy niesieni dopingiem swoich kibiców co prawda nadal próbowali odrobić straty, ale nie udało im się już poprawić swojego dorobku punktowego. Eagles prawie do samego końca trzymali jednak na boisku swojego podstawowego rozgrywającego, chcąc najwidoczniej, żeby dobrze przygotował się do nadchodzącego meczu z Devils. Po tym co działo się w pierwszych kwartach woleli zresztą zapewne nie ryzykować nagłego zrywu gospodarzy.

Może niektórzy z nich w pamięci mieli jeszcze ten przywołany przeze mnie na początku mecz, w którym Górnicy odrobili przecież w jednej kwarcie aż 18 punktów. Tym razem aż tak dramatycznie co prawda nie było, ale wydaje mi się, że skojarzenie z tamtym historycznym półfinałem nie jest przypadkowe. Zaznaczam co prawda, że to, co widzieliśmy w niedzielę, to dopiero przebłyski, ale bardzo budujące. Pojawiły się w samą zresztą porę, bo nadchodzący mecz z Kozłami każdy w Rebels nazywa „meczem sezonu” - jego zwycięzca będzie o bardzo, bardzo duży krok bliżej zajęcia ostatniego premiowanego awansem do play-offów miejsca w tabeli.

Jeśli chodzi o Eagles, widać u nich ciągły postęp i naprawdę przemyślany plan, który z konsekwencją wykonują. W porównaniu z inauguracyjnym meczem z Kozłami poprawili mnóstwo małych niedokładności (choć znów tracili na akcjach powrotnych rywali), a ich rozgrywający już bardzo dobrze rozumie się ze skrzydłowymi. Nadal niepokonani, prawdziwą weryfikację przejdą jednak we Wrocławiu. Tam też zapowiada się jeden z meczów sezonu.


Adrian Fulneczek
a.fulneczek@plfa.pl
Biuro Prasowe PLFA


Dwunasty zawodnik
Z Jamesem Dobsonem, skrzydłowym AZS Silesia Rebels, rozmawia Adrian Fulneczek.

Przegraliście, a jednak na twarzach prawie wszystkich widać... zadowolenie? Nie można  raczej świętować przegranego meczu więc skąd takie reakcje?
To prawda i nie mamy zamiaru świętować przegranej, ale jednocześnie, to jeden z pierwszych meczów, kiedy zagraliśmy jak drużyna. Ofensywa, defensywa, formacje specjalne - wszyscy razem. Wynik tego nie pokazuje, ale my wiemy, że zagraliśmy dobrze. Wiemy, że będzie tylko lepiej.

Pomogły zmiany w waszej ofensywie?
Postawiliśmy na option, czyli bardzo trudną ofensywę do prowadzenia, ale też taką, do której Michał Kołek i inni trenerzy przygotowali nas bardzo dobrze.

Zdecydowanie, wystarczy spojrzeć na wynik. Bardziej od was cieszyli się z tego fani: czy na murawie czuliście tą falę energii, którą wywołały pierwsze dwa przyłożenia?
Oni są niesamowici! Odwracasz się, przy wyniku jakim skończył się dzisiejszy mecz lub pod koniec naszego pojedynku z Seahawks, a oni nadal tam są, krzyczą i motywują nas do walki. Są naszym dwunastym zawodnikiem, mówię to bardzo poważnie. Czuję ich wpływ. To bardzo ekscytujące i naprawdę zaczynam przez to później szaleć.

Na początku dzisiejszego spotkania rzeczywiście tak było, kiedy po pierwszym returnie podbiegłeś do nich, wymachując rękami i obiecując, że będzie tak ”all day long!”.
Naprawdę to uwielbiam, zaczynam skakać i wrzeszczeć, ale dla mnie, to właśnie jest futbol: ekscytująca gra, ale też świetna zabawa. Próbuję to przekazywać wszystkim dookoła. Bawcie się futbolem, nie odbierajcie go zbyt poważnie.

W przyszłym tygodniu mecz z Kozłami i ich nowymi transferami.
Nie możemy się już doczekać. Z Markiem Philmorem rozmawiałem zresztą wczoraj. Nadal nie znamy się osobiście, ale rozmawialiśmy wiele razy online przed moim przyjazdem tutaj i w trakcie mojego pobytu w Polsce. To będzie bardzo ciekawy pojedynek. Zobaczymy, czy ich nowi, świetni gracze będą w stanie zmienić tamtą drużynę. Chętnie się z nimi zmierzę.

Myślisz, że wrócisz na pozycję cornerbacka by pokryć Marka jeśli zagra jako skrzydłowy? Na tej pozycji grałeś dzisiaj na początku pilnując Landruma.
Co ciekawe, Ty'a znam jeszcze ze Stanów i to całkiem nieźle. W trakcie dzisiejszego meczu ciągle więc rozmawialiśmy, zaczepialiśmy się...

...ale ostatecznie to on w tej jednej sytuacji (tutaj wystarczy, że wskazuję na linią boczną, przy której stoimy, a James wie, że mówię o 95-jardowej akcji Ty'a) cię ograł.
I to jak... Jest bardzo szybki, a to była świetna akcja w jego wykonaniu. Ale cóż, to się zdarza i dzięki temu futbol jest tak ekscytujący. Ja mogę tylko potrenować nieco więcej, żeby w kolejnym spotkaniu to się nie powtórzyło.


Prosto w twarz
Z Tyronem Landrumem, skrzydłowym Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Czy w tym roku nie będziemy w ogóle potrzebować innych kandydatów do tytułu MVP, czy grając dalej w ten sposób otrzymasz ją właściwie bez żadnej dyskusji?
Wiem, że wielu graczy stara się o nagrodę najlepszego gracza sezonu, ale ja robię tyle, ile tylko się da żeby statuetka dla MVP trafiła w moje ręce. Pracuję na to naprawdę ciężko.

Efekty chyba już powoli widać. Jak podsumujesz dzisiejsze spotkanie? Było najtrudniejszym w jakim grałeś w tym sezonie?
Coś takiego bardzo trudno oceniać. Naprawdę, każdy mecz jest trudny. Jestem zadowolony z tego, co dziś pokazałem indywidualnie, a występ zespołu też oceniam dobrze. Zaczęliśmy ten mecz co prawda słabo, „płasko”, a oni zapunktowali dwa razy, ale udało nam się jednak wrócić, odzyskać siły, skoncentrować i ostatecznie uderzyć ich prosto w twarz.

Pierwszy cios należał jednak do nich. Pierwsze dwa ciosy. Na początku wydawało się nawet, że jako zdecydowany faworyt, możecie tutaj jednak przegrać - czego oczywiście udało się Wam uniknąć.
To, że wygraliśmy jest chyba najlepszą i najważniejszą wiadomością tego dnia. Jeśli chodzi o błędy,  musimy na nie zareagować, zrobić coś, żeby odzyskać to, co straciliśmy przez nie tutaj. Przecież czeka nas rewanż z Rebels, a do tego czasu mogą przecież grać dużo lepiej.

Najpierw Eagles czeka jednak wyjazdowe spotkanie z Devils. Zaczynacie już o tym myśleć?
Oczywiście, chociaż proces przygotowań do tego meczu, który teraz dopiero się zacznie, będzie złożony. Zaczniemy od oglądania nagrań ich spotkań, a potem przystąpimy do odpowiednio przygotowanego treningu.

A jeśli chodzi o twoje zdrowie - nie ma żadnych problemów? Po niektórych akcjach zdawałeś się nieco utykać.
Wszystko jest w porządku, można powiedzieć, że z moim zdrowiem jest teraz doskonale. Wcześniej co prawda nieco skręciłem kostkę, ale wystarczyło trochę zamrażacza i czuję się już dobrze.


AZS Silesia Rebels - Warsaw Eagles 26:66 (13:21, 13:21, 0:10, 0:14)

I kwarta
6:0 przyłożenie Michała Kołka po 1-jardowej akcji biegowej
13:0 przyłożenie Zbigniewa Szrejbera po 30-jardowej akcji po podaniu Michała Kołka (podwyższenie za jeden punkt Zbigniew Szrejber)
13:7 przyłożenie Tyrone'a Landruma po 87-jardowej akcji powrotnej po wykopie (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
13:14 przyłożenie Tyrone'a Landruma po 95-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
13:21 przyłożenie Tyrone'a Landruma po 34-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)

II kwarta
13:28 przyłożenie Kevina Lyncha po 26-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
20:28 przyłożenie Michała Kołka po 1-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Zbigniew Szrejber)
20:35 przyłożenie Tyrone’a Landruma po 74-jardowej akcji powrotnej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
20:42 przyłożenie Piotra Osuchowskiego po 4-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
26:42 przyłożenie Jamesa Dobsona po 24-jardowej akcji po podaniu Michała Kołka

III kwarta
26:49 przyłożenie Tyrone'a Landruma po 20-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
26:52 27-jardowe kopnięcie z pola Bretta Peddicorda

IV kwarta
26:59 przyłożenie Jakuba Zdunia po 20-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za  jeden punkt Brett Peddicord)
26:66 przyłożenie Normana Seigniousa po 65-jardowej akcji powrotnej po przechwycie (podwyższenie za jeden punkt Marcin Łojewski)


Mecz obejrzało 300 widzów.