Czasy się zmieniły

23 kwi 2013

Jastrzębie mają sposób na Orły; świadczy o tym ich trzecie z rzędu zwycięstwo nad rywalem ze stolicy. Eagles na pewno będą żałować, że nie wykorzystali swoich okazji w pierwszej połowie, bo w drugiej na boisku istniała już tylko drużyna z Gdyni.

Rywalizacja tych dwóch zespołów jest długa i barwna. Może nawet najbarwniejsza w całej lidze: wystarczy rzec, że zaliczają się do niej pojedynki w trzech finałach ligi. Do niedawna to głównie Seahawks mieli za co mścić się na Eagles, ale czasy trochę się zmieniły. Zresztą, nawet sobotni mecz przy Konwiktorskiej gospodarze reklamowali jako „Wielki rewanż” (odwety zawsze dobrze się sprzedają), przypominając wszystkim o SuperFinale VII. Mecz czwartej kolejki Topligi 2013 – poza rezultatem końcowym – miał mieć jednak niewiele wspólnego z poprzednim spotkaniem obu zespołów.

Niepewnie, ale skutecznie
Debiut na stadionie Polonii Warszawa był też dla Eagles – w związku ze zmianami, jakie na terminarzu wymusiła zima – pierwszym w tym roku występem przed własną publicznością. Ubrani na pomarańczowo fani od początku pokazywali ile ten pojedynek dla nich znaczy, chociaż już w drugiej akcji meczu na chwilę przyciszył ich duet Ferni Garza-Jeremy Dixon. Amerykański skrzydłowy (były gracz Eagles) po krótkim żonglowaniu, jednak złapał podanie swojego rozgrywającego i dzięki bonusowi za facemask, od razu zaprowadził gości na 30. jard połowy Orłów. Nie o takim starcie marzyli gospodarze, ale dzięki sackowi Tomasza Szczeszka udało im się odepchnąć rywala do tyłu i tym samym zmusić go później do nieudanej gry w czwartej próbie.

Na boisko weszła ofensywa miejscowych, prowadzona przez Shane'a Gimzo. Rozgrywającego, którego gra podaniowa wątpliwości wzbudziła już kilka tygodni temu, w pierwszym i do soboty jedynym meczu Eagles w tym sezonie. Teraz też zaczął niepewnie. Po jednym złym biegu, w drugim powinien znowu stracić jardy, ale wyrwał się obrońcy Seahawks, okręcił się wokół kolejnego i zdobył niespodziewanie pierwszą próbę. To jednak nieszczególnie rozkręciło atak Orłów, który najpierw po nieudanej trzeciej próbie uratowała flaga, a później pierwsze celne podanie Gimzo, z którym czekał aż do czwartej próby. Mimo tych trudności (i straty podstawowego quarterbacka na dwie akcje) gospodarze jakoś jednak przesuwali się po boisku i dotarli w ten sposób aż na 15. jard Seahawks.

W szansach 2:0
Tu jednak defensywa Jastrzębi uznała, że oddała już i tak za wiele. Quarterback Eagles był pod sporą presją przy dwóch próbach rzutu, więc jedna wylądowała w ziemi, a drugiej zamiast do rąk Clarence'a Andersona bliżej było do rąk kryjącego go Petera Plesy. Gospodarze zdecydowali się grać w czwartej próbie (rezygnując z może 30-jardowego, w teorii łatwego kopnięcia z pola), ale Gimzo zbyt jasno dawał do zrozumienia, że interesuje go podanie tylko do Andersona. A że jego ulubiony skrzydłowy był dobrze kryty, rozgrywający czekał tak długo aż dopadli do niego gracze z pierwszych dwóch linii obrony gości. Pierwsza poważna szansa na choćby trzypunktowe prowadzenie stracona. Piłka wróciła do Seahawks, ale na ich 10. jardzie więc w niebezpiecznym miejscu. Mimo dodatkowego utrudnienia w postaci falstartu, Ferni Garza nie miał problemu z wyprowadzeniem stamtąd swoich kolegów.

Szczególnie dobrze zachował się, gdy w trzeciej próbie miał problemy z opanowaniem snapu, zdążył uciec przed obrońcą i jeszcze podał na 15-jardowy zysk. Amerykanin nie miał już jednak żadnych szans, gdy dwie akcje później przez środek linii przebił się Tomasz Szczeszek i zaliczył drugi sack tego dnia, kończąc kolejną serię gości. Eagles od początku stawiali przede wszystkim na biegi w środek, od czasu do czasu mieszane z próbami na zewnątrz. Nie zyskiwali dużo jardów, ale wiedzieli, że z podaniami łatwo nie będzie, a biegi oznaczały przecież też wydłużanie własnych serii, zmuszanie ofensywy rywala, żeby dłużej bezczynnie stała przy linii bocznej. Piotr Osuchowski miał sporo niewdzięcznej pracy, ale po kilku próbach udało mu się wyrwać rywalom na połowie boiska i zdobyć za jednym razem 20 jardów. Orły znów były w czerwonej strefie Seahawks, ale długo tam nie zabawiły. Gimzo próbował wysokiego podania do Andersona, ale w pojedynku jeden na jeden lepszy okazał się świetny od początku sezonu Plesa. Druga okazja na następne minimum trzy punkty dla gospodarzy przeszła do historii.

Do czterech razy sztuka
Trudno nazwać tę sytuację dominacją, ale Eagles byli chyba drużyną, która bardziej chciała, a na pewno tą pod którą mecz bardziej się układał. W kolejnym ataku Jastrzębie znów ugrały tylko jedną pierwszą próbę, a od razu po niej Garza chciał szybko zmienić położenie swojego zespołu na boisku, ale jego długie podanie przejął Dominik Koniusz. Gospodarze mieli piłkę na połowie, ale seria nie zapowiadała się dobrze, bo w dwóch akcjach nie zdobyli ani jednego jarda. W trzeciej próbie Gimzo znów długo czekał z piłką w rękach, ale nie chcąc i nie mogąc ryzykować podania, spróbował solowej akcji. Wyszło znacznie lepiej niż się spodziewał. Jego 30 jardów zysku wreszcie rozgrzało atak Orłów.

Chwilę później Witold Szpotański dodał 12 jardów i Eagles po raz trzeci w tym spotkaniu byli w czerwonej strefie gości. I po raz trzeci wydawało się, że odejdą stąd z pustymi rękami, ale dopiero w czwartej próbie zdarzyła im się najlepsza akcja meczu: rozgrywający udawał, że oddał piłkę running backowi, ale czekał z nią na obiegającego formację Clarence'a Andersona. Seahawks dali się nabrać, a amerykański zawodnik po minięciu jednego przeciwnika mógł wbiec w pole punktowe. Eagles prowadzili 7:0, mimo że powinni mieć o sześć punktów więcej. Co ciekawe, w zeszłym sezonie najczęściej korzystająca z instytucji field goala drużyna, w takim meczu już trzy razy wolała nie kopać i ryzykować grę w czwartej próbie.

Powrót sław
Jeśli to wyczekane i wymęczone przyłożenie komuś pomogło, to byli to Seahawks. Już po wznawiającym grę wykopie prawie do czerwonej strefy Eagles dobiegł Jeremy Dixon, ale jego akcja została cofnięta przez flagi. Gospodarze dostali ostrzeżenie. Żółto-czarni zaczynali ostatecznie na własnej połowie, ale długo tam nie zabawili: na zegarze zostało nieco ponad dwie minuty, więc Garza stawiał tylko na podania. Świetnie wyszukiwał wolne miejsce między strefami, w które doskonale wbiegali Marcin Bluma i Patryk Kordyś. Po trzech takich akcjach Jastrzębie potrzebowały tylko 9 jardów do wyrównania stanu meczu. W pierwszych dwóch próbach nie ugrały prawie nic, ale w trzeciej dopięły swego: idealnie wyważone podanie w róg pola punktowego i cyrkowy chwyt Blumy oznaczały bardzo szybką odpowiedź Seahawks. Nieudane podwyższenie raczej nie zepsuło ich humorów i po dwóch nieszczególnych kwartach, to oni schodzili na przerwę pewniejsi siebie.

Przed trzecią kwartą, poza występami i konkursami, swój moment mieli też weterani: jedni z założycieli Eagles i ich byli reprezentanci, Jędrzej Stęszewski i Piotr Gorzkowski jako pierwsi trafili do nowopowstałej Hall Of Fame klubu z Warszawy. Ładny gest i inicjatywa, którą warto byłoby przenieść do innych miast albo w końcu pomyśleć o scentralizowanej Galerii Sław. Pasowałaby na 10-lecie ligi, które zbliża się przecież coraz większymi krokami.

Obrona Warszawy
Drugą połowę z piłką rozpoczęli Eagles, ale gdyby flaga za facemask nie skasowała powalenia rozgrywającego autorstwa Tomasza Białego, gospodarze nie zdobyliby nawet pierwszej próby. Ale w trzech kolejnych podejściach i tak jej nie wywalczyli (Plesa znów lepszy od Andersona) i musieli odkopywać. Punt Dawida Więckowskiego przeleciał tylko może 20 jardów i bardziej niż Orłom, pomógł Jastrzębiom. Goście teraz od początku woleli rzucać niż biegać. Garza nadal się nie mylił, szczególnie pod presją, gdy np. w trzeciej próbie podał do ścinającego do środka Dixona. Przesadził co prawda chwilę później, gdy „przerzucił” będącego już za ostatnim obrońcą Blumę, ale warszawski zespół i tak stracił w tej akcji 15 jardów za zbyt późne uderzenie quarterbacka przez jednego z ich zawodników. Seahawks byli już przed czerwoną strefą, ale tutaj na wysokości zadania stanęła defensywa Orłów.

Najpierw walce o piłkę z Dixonem znów świetnie zachował się Dominik Koniusz, a później niewiele dało krótkie zagranie do Gawła Pilachowskiego. W trzeciej próbie Garza po raz drugi dzisiaj miał szczęście, że rzuconej przez niego piłki nie przejął żaden z trzech graczy Eagles, którzy przewidzieli jego zamiary. Została próba czwarta, w której Jastrzębie nie miały zamiaru kopać z pola. Woleli akcję podaniową, ale i tym razem spisali się defensorzy gospodarzy. Warszawa zastała, przynajmniej na ten moment obroniona. Kłopot w tym, że po takiej serii wchodzący na boisko atak musi zrobić coś, żeby zdobyć kilka pierwszych prób i pozwolić swoim kolegom z drugiej formacji odpocząć. Eagles zaliczyli jednak „three and out” w najgorszym możliwym momencie i jakby tego było mało, dodali do tego punt, który tym razem nie doleciał nawet do połowy boiska...

Seahawks nie mogli dłużej odrzucać tych zaproszeń do strefy punktowej Eagles. Zaczęli co prawda od holdingu i straty 10 jardów, ale to nie był żaden problem dla Garzy, który w jednej ze swoich akcji meczu, po dwóch zmyłkowych machnięciach ręką, w trakcie ucieczki przed obrońcami, podał dokładnie do Pawła Fabicha na 25 jardów zysku. Goście byli na 20. jardzie, ale z najważniejszą akcją znów czekali aż do trzeciej próby. Tym razem adresatem podania amerykańskiego rozgrywającego był młody Patryk Kordyś, który nietknięty wbiegł w pole punktowe i dał swojemu zespołowi pierwsze prowadzenie tego dnia. Podwyższenie (tym razem za dwa punkty) znów okazało się nieudane, więc Jastrzębie prowadziły tylko 12:7.

Oblężenie Warszawy
Po raz trzeci w tej kwarcie piłkę w swoje ręce dostała ofensywa Shane'a Gimzo i po raz trzeci schodziła z boiska bez pierwszej próby, zmuszona do odkopnięcia (tym razem wreszcie dobrego). Dziwi trochę konserwatywna decyzja biegu w trzeciej próbie, ale trener Phillip Dillon nie mógł przypuszczać, że to będzie właściwie ostatnia szansa dla jego ataku na pokazania swoich umiejętności. Kolejna seria Seahawks przejdzie bowiem do historii jako jedna z najdłuższych, najlepszych taktycznie i najbardziej imponujących w polskim futbolu. Jastrzębie zaczęły na własnym 26. jardzie i malutkimi kroczkami przesuwały się w stronę pola punktowego Orłów. Przesuwały się – jak się później okazało – przez w sumie prawie 10 minut czwartej kwarty, aż trzy razy przedłużając swój boiskowy żywot udanym zagraniem w czwartej próbie.

Goście pokazali w tych 17 akcjach wszystko co mieli w swoim repertuarze. Jeszcze dobitniej pokazali też ile znaczy tak doświadczony rozgrywający, który dwukrotnie (!) potrafił wymusić na obronie offside, gdy potrzebował kilku jardów w czwartej próbie. Który mając 14 jardów do przejścia w czwartej, w końcówce tak ważnego meczu potrafi zagrać w tak małe okno do Patryka Kordysia (bohatera tego spotkania, szczególnie po tej złapanej i utrzymanej w rękach, mimo mocnego uderzenia, piłce). Eagles będą po tej serii wściekli jeszcze długo, wspominając sytuacje, w których do szczęścia brakowało im już tak niewiele. Trudno jednak wymagać, żeby defensywa, która prawie całą trzecią i czwartą kwartę spędziła na boisku w najważniejszym momencie jeszcze raz coś zdziałała. Przyłożenie dla Seahawks, który po tych męczarniach dla warszawskich kibiców zdobył Jeremy Dixon, wraz z dobrym podwyższeniem za dwa punkty oznaczało 13-punktowe prowadzenie i czyniło nadrobienie tych strat w dwie minuty czymś prawie niemożliwym.

Gimzo co prawda próbował, radząc sobie nieco lepiej, gdy defensorzy Seahawks byli już raczej skupieni głównie na bronieniu długich podań. Na próbowaniu ostatecznie się skończyło, choć Filip Mościcki powinien zapewne złapać podanie, które dałoby Eagles 7 punktów i cień nadziei z onside kickiem. To jednak zaburzyłoby tylko obraz tego spotkania. Trudnego, niekoniecznie atrakcyjnego, ale mającego zasłużonego zwycięzcę. Jastrzębie znów tryumfują, ale już możemy zacierać ręce na rewanż. Orły (mogące się trochę usprawiedliwiać dwoma meczami rozegranymi mniej niż ich sobotni rywal) na pewno zaczynają czuć, że mają klubowi z Gdyni coraz więcej do udowodnienia i jeśli nie zrobią tego szybko, niedługo może się okazać, że to zespół Macieja Cetnerowskiego wyjdzie na prowadzenia w już siedmioletniej rywalizacji tych klubów...


Seahawks najlepsi w kraju
Z Phillipem Dillonem, trenerem Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Zgodzi się Pan, że zwycięstwo bardzo długo mogło należeć do obu zespołów?
To rzeczywiście był taki „mecz do wzięcia”. Defensywne spotkanie, trudne dla obu ofensyw, w którym to Seahawks jednak ostatecznie kontrolowali zegar i lepiej wykorzystali swoje szanse w drugiej połowie. Te, które my zmarnowaliśmy w pierwszej połowie zemściły się na nas.

Na przerwę schodziliście z jednopunktowym prowadzeniem, ale właśnie straciwszy przyłożenie – nie odebrało Wam to pewności siebie? Po przerwie ofensywa nie funkcjonowała prawie wcale.
Plan był taki, żeby prowadzić po dwóch kwartach: nieważne czy jednym punktem, czy jednym przyłożenie. Seahawks są obecnie najlepszym zespołem w Polsce, ale ciągle czuliśmy, że to nasz mecz. Wierzyliśmy w atak.

Trudno było patrzeć na tę ostatnią, wyjątkowo długą serię Seahawks? Myśli Pan, że z defensywnego punktu widzenia dało się zrobić coś lepiej, żeby ją powstrzymać? Np. nie dać się złapać na dwa przewinienia offside?
Kary rzeczywiście zraniły nas podczas tej serii, ale nasz defensywny plan gry był w porządku. To było frustrujące, bo nie mogliśmy tak długo odzyskać piłki dla ataku, ale trzeba przyznać, że Seahawks spisali się świetnie tak przesuwając się po boisku i wykańczając zegar.

Jeden z Pana graczy mówił, że taka porażka boli szczególnie, bo Seahawks są gorszym zespołem niż rok temu. Zgadza się Pan z tą opinią czy uważa, że takie porównanie w ogóle nie ma sensu?
Nie zgadzam się i jednocześnie uważam, że nie można porównać tych drużyn. Jastrzębie wygrały wszystkie swoje mecze. Rok temu w pierwszym meczu z nami przegrali różnicą 30 punktów. Myślę, że wypowiedź, o której mowa pochodzi z tuż po meczu, kiedy w graczach było jeszcze wiele emocji, ale naprawdę nie ma co porównywać. Seahawks mają teraz innych kluczowych graczy, ale ich bilans mówi sam za siebie.

Niektórzy zaczęli też po tym meczu wytykać ofensywę Eagles jako winnych tej porażki...
To jasne, że nasz atak nie zagrał świetnego meczu, ale to się zdarza. Jakoś kiedy zdobyliśmy 39 punktów w meczu z Kozłami, nikt nie narzekał. Myślę więc, że to trochę przesadzanie. Wierzę, że będzie lepiej, no i w sobotę graliśmy przeciwko bardzo dobrej defensywnie drużynie.

Myśli Pan, że dwa przełożone mecze miały jakiś wpływ na Pana drużynę? Byłoby lepiej gdybyście też mieli na koncie już trzy występy przed tym spotkaniem?
Myślę, że to na pewno nam zaszkodziło. To był dopiero nasz drugi mecz w tym roku, bo nie graliśmy sparingów (rywal go odwołał), a doświadczenie meczowe jest ważne. Niezależnie jak zorganizuję treningi, to i tak nie zastąpi doświadczenia meczowego. Myślę, że to była przewaga jaką Seahawks mieli już przed pierwszym wykopem.


Nawet po takim uderzeniu mi nie wypadnie
Z Patrykiem Kordysiem, skrzydłowym Seahawks Gdynia i MVP meczu, rozmawia Adrian Fulneczek.

Na przerwę schodziliście z jednopunktową stratą. Nastroje były mimo to dobre, bo chwilę wcześniej udało Wam się zdobyć przyłożenie czy raczej słabe (szczególnie w ataku), że tak mało udało Wam się w tej połowie zrobić?
Nastroje były dobre. Gra defensywy Warsaw Eagles stała na bardzo wysokim poziomie, ale po przyłożeniu Marcina Blumy, od samego początku drugiej połowy zaczęliśmy się rozkręcać w ataku. Zdobywaliśmy coraz więcej jardów z każdą zagrywką, co tylko motywowało nas do dalszej gry.

Co zmieniliście, że tak zdominowaliście drugą połowę?
Nastawienie. Wiedzieliśmy, że w pierwszej połowie nie pokazaliśmy maksimum naszych umiejętności, ale po zmianie stron wróciliśmy na murawę pełni zapału do gry. Chcieliśmy pokazać, że jesteśmy lepszą drużyną. No i przestaliśmy popełniać tyle błędów, co wcześniej...

Miałeś w tym zwycięstwie swój spory udział. Od początku sezonu stałeś się ważną częścią pierwszego zespołu. Przejście z rozgrywek PLFA8 do Topligi, to duży i trudny krok?
Na pewno z taktycznego punktu widzenia. Playbook zespołu Topligi jest zdecydowanie trudniejszy i bardziej rozbudowany, w obronie zdarzają się też inne krycia. W PLFA 8 rzadko też używaliśmy audibles (zmian zagrywek tuż przed snapem), co tutaj dzieje się dosyć często. Jeśli natomiast chodzi o moje przyłożenie, to naprawdę cieszyłem się, że mogłem przyłożyć się do naszego sobotniego zwycięstwa.

Łatwiej stawiać pierwsze kroki w Toplidze z takim rozgrywającym jak Ferni Garza?
Bardzo podoba mi się to, że on rozprowadza piłkę do wszystkich, a nie tylko do jednego, wybranego zawodnika, co pomaga rozwijać się każdemu. Mi bardzo ułatwia to grę w Toplidze.

Nie boisz się biegać ścieżek, w których wiesz, że po tym jak złapiesz piłkę w środku, to prawie na pewno zaraz trafi w Ciebie obrońca? Trochę jak w sobotę Caleb Singleton... Jak Ty utrzymałeś tę piłkę w rękach?!
Nie boję się, na tym polega przecież ten sport. Muszę spodziewać się takich rzeczy na swojej pozycji. Caleb po prostu świetnie przeczytał zagrywkę i trafił we mnie w idealnym momencie. Robię to, czego nas uczą na treningach: po złapaniu piłki od razu chowam ją i zabezpieczam w odpowiedniej pozycji, gdzie nawet po takim uderzeniu mi nie wypadnie.

 

Warsaw Eagles - Seahawks Gdynia 7:20 (0:0, 7:6, 0:6, 0:8)

II kwarta
7:0 przyłożenie Clarence’a Douglasa Andersona po 14-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Dawid Więckowski)
7:6 przyłożenie Marcina Blumy po 7-jardowej akcji po podaniu Ferni’ego Garzy

III kwarta
7:12 przyłożenie Patryka Kordysia po 20-jardowej akcji po podaniu Ferni’ego Garzy

IV kwarta
7:20 przyłożenie Jeremy'ego Dixona po 20-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za dwa punkty Marcin Bluma po podaniu Ferni’ego Garzy)


Mecz obejrzało 1600 widzów.

MVP meczu: Patryk Kordyś  (Seahawks Gdynia)