Śliskie zwycięstwo

16 maj 2013

 - Było paskudnie, ale wygraliśmy – powiedział Mark Philmore z Giants, dodając, że z takimi spotkaniami na drodze do mistrzostwa też trzeba sobie radzić. Wrocławianie na pewno zdają sobie sprawę, że niewiele zabrakło, żeby takie słowa mógł po tym spotkaniu (należącym głównie do kopaczy i punterów) wypowiedzieć któryś z graczy Eagles.

Stolica Dolnego Śląska nie jest ulubionym celem wycieczek drużyny z Warszawy. Wystarczy powiedzieć, że Orły ostatnim razem wygrały tam w czerwcu 2007 roku, czyli prawie 6 lat temu. W sobotę goście mieli wielką szansę, żeby tę złą passę przerwać i przy odrobinie szczęścia, pewnie wywieźliby cenne i raczej niespodziewane zwycięstwo.

Ślimaczo
To nie był przyjemny mecz dla kibiców. Zaczynając od pogody, przez którą na trybunach Stadionu Olimpijskiego pojawiło się trzy razy mniej widzów niż na rozegranych tutaj ponad tydzień wcześniej derbach Wrocławia, a kończąc na trudnych warunkach, przez które gracze nie mogli zabawiać fanów tak, jakby chcieli. Aura szczególny wpływ miała na charakterystyczną ofensywę Giants, której pierwsze cztery biegi nie złożyły się na żaden zysk jardowy, a wraz z dwoma holdingami oznaczały dwie krótkie serie zakończone puntami. To było wszystko, co ugrali w pierwszej kwarcie.

Większość jej czasu spędzili przy linii bocznej, patrząc na złożony z 15 zagrywek ślimaczy, ale skuteczny marsz Eagles. Goście jeśli już decydowali się na rzuty, to były to widoczne podczas meczu z Kozłami podania do wybiegających z tyłu running backów. Poza tym przeważały oczywiście biegi, z małymi zyskami, ale wystarczającymi na pierwsze próby. Ta seria nieźle podsumowywała całe spotkanie dla Orłów: wszystko układało się dobrze, ale na końcu się psuło lub nie przekładało na punkty. Nie inaczej było tym razem, gdy już przed czerwoną strefą w trzeciej próbie sack zaliczył Mateusz Ruta. Warszawianie musieli kopać z 42-jardów, ale nie byli nawet blisko powodzenia.

Ścieżka błędów
Druga kwarta była bodaj najmniej widowiskowa w tym mało atrakcyjnym meczu, ale jednocześnie najważniejsza. Dla Eagles oznaczała niekończąca się serię błędów, dzięki czemu Giants zdobyli swoje, jak się później okazało, dające zwycięstwo prowadzenie. Zaczęło się od fumble'a, ponownie zbyt długo zwlekającego z decyzją Shane'a Gimzo: obrońcy gospodarzy wybili mu piłkę z rąk, ale sędziowie uznali, że ręka ruszała już do przodu, więc na szczęście rozgrywającego, było to tylko niekompletne podanie. Orły musiały przez tę akcję tak czy inaczej odkopywać piłkę i mimo niezłego puntu ich formacja specjalna nie poradziła sobie z Deante Battlem i wrocławianie zaczynali z 20. jarda gości.

W takich spotkaniach pozycja na boisku jest wszystkim. Giants po tej świetnej akcji powrotnej ponownie (trzecia seria z rzędu!) nie zdobyli prawie żadnych jardów, ale pozostało im kopnięcie z pola. Dawid Pańczyszyn wykonał je bezbłędnie, ale zamiast trzech punktów gospodarze dostali żółtą flagę i 15 jardów kary, co oznaczało zamianę kopnięcia na kolejny punt. Mateusz Ruta dobrze jednak zamknął Eagles na ich 10. jardzie, gdzie Orły nie były w stanie zdobyć pierwszej próby. Odkopnięcie kolejny raz mieli niezłe, ale zbyt agresywne zachowanie jednego z ich zawodników kosztowało 15 jardów. W sam raz dla Giants, którzy przy czwartym podejściu zdobyli jedną pierwszą próbę i to znów wystarczyło, żeby wejść w zasięg kopnięć z pola Pańczyszyna. Kopacz Gigantów znów był bardzo dokładny i gospodarze prowadzili 3:0.

Parę chwil przed tą akcją słyszałem dialog, w którym niektórzy siedzący na trybunach gracze Devils Wrocław pytali kim właściwie jest ten numer 14 (Pańczyszyn właśnie)? I czemu tak bez przerwy się rozgrzewa? Trzeba przyznać, że kopacz Gigantów przedstawił się im i wszystkim innym bardzo wymownie.

Podcięte skrzydła
Najważniejszy błąd Eagles popełnili chwilę po wznowieniu. To był ich drugi w tym meczu fumble przy snapie, ale tego nie udało się im już utrzymać po swojej stronie. Giants dostali więc za darmo piłkę na 30. jardzie i skorzystali z tego prezentu. Pokazali też coś nowego w ataku: w roli rozgrywającego niespodziewanie pojawił się Mark Philmore i szybkim biegiem przez środek przedarł się na ponad 20 jardów. Brakującą odległość gospodarze wypracowali siłowymi biegami i dzięki temu – mimo że w całej połowie zdobyli tylko dwie pierwsze próby – prowadzili 9:0.

Dla porównania, po zmianie stron (i od razu zmuszeniu Gigantów do kolejnego puntu) atak Eagles od razu zdobył tych pierwszych prób pięć. Niesamowicie działały biegi Jakuba Juszczaka, udało się też długie, złapane przy samej linii podanie do Clarence'a Andersona. Wszystko zepsuła jednak flaga za holding na... szóstym jardzie przed polem punktowym Giants (!). Orły w czwartej próbie nadal potrzebowałyby przez to zdobycia siedmiu jardów i postanowili nie ryzykować, wybierając kopnięcie z pola z 22-jardów. Ale Marcin Łojewski ponownie chybił.

Eagles nie pozwolili, żeby to podcięło im skrzydła: ich defensywa ponownie po trzech akcjach wymusiła na Giants punt, a atak jeszcze rozpędzony po poprzedniej serii szedł po swoje, ryzykując nawet grę w czwartej próbie na własnym 30. jardzie. Czuli, że zbliża się dla nich teraz albo nigdy – i udało się. Witold Szpotański i Juszczak kilkunastujardowymi biegami szybko przenieśli ich głęboko na połowę wroga, ale tam znów coś się zepsuło w najważniejszym momencie. Juszczak, po zdobyciu już 10 jardów chciał powalczyć jeszcze o kilka kolejnych, gdy Piotr Nawrot wyrwał mu futbolówkę. Odzyskał ją Ruta i Giganci znów uniknęli coraz bardziej zasłużonej kary. Ta akcja zakończyła trzecią kwartę.

Zabójczy holding
W ostatniej, gdy wielu porzuciło nadzieje na powrót Orłów, a wszyscy na emocjonującą końcówkę, Shane Gimzo zaryzykował długie podanie do Filipa Mościckiego i to się opłaciło. Były gracz Kraków Tigers złapał futbolówkę po błędzie dwóch amerykańskich graczy gospodarzy i po w sumie 60-jardowej akcji zaniósł ją w pole punktowe. Gdy trzy akcje później Bartosz Dziedzic przy sacku wypuścił z rąk piłkę na własnym 25. jardzie, wynik mógł bardzo szybko stanąć na głowie. Do Eagles wreszcie uśmiechnęło się szczęście, ale oni tego uśmiechu nie odwzajemnili, nie zdobywając prawie żadnych jardów. Kolejnego 40-jardowego kopnięcia z pola (pierwszego na wagę prowadzenia) próbował więc Łojewski, ale i tym razem bez powodzenia.

Giganci przetrwali ten napór gości, a później ostudzili trochę ich ofensywne zapędy sami zdobywając trzy pierwsze próby i zbijając sporo czasu z zegara. Zatrzymali się dopiero na połowie Eagles, gdzie w końcu musieli puntować. Tu zdarzyło się niecodzienna sytuacja, bo punter Giants, próbując bezpiecznie opanować snap, dotknął jednym kolanem ziemi. To oznaczało, że Orły zaczną z miejsca, w którym to zrobił, a więc... już na połowie gospodarzy. Lepszej szansy na zwycięstwo w ostatnich dwóch minutach meczu nie mogli sobie wymarzyć. Bohaterem dnia mógł szybko zostać Mościcki, gdy w kopii akcji, po której zdobył przyłożenie znów znalazł się już o krok za najdalej cofniętymi defensorami. Tym razem nie utrzymał jednak futbolówki w rękach. Warszawianie tak czy inaczej przesunęli się do przodu, gdy w czwartej próbie Gimzo podał dobrze do Andersona. Już na 30. jardzie gospodarzy, rozgrywający Orłów po jednej niepewnej akcji, w kolejnej znalazł już następnym podaniem Mościckiego i goście powinni przenieść się na okolice 10 jarda... ale na murawie leżała flaga.

Kolejny w tym meczu, zabójczy dla Eagles holding. Po tej stracie podopieczni Phillipa Dillona przesuwali się już tylko w złym kierunku, cofając się ostatecznie prawie na połowę boiska. Defensywa Gigantów wybroniła Wrocław i nie pozwoliła, żeby to zwycięstwo wyślizgnęło im się z rąk. Słowa uznania dla obrony Eagles, która pokazała jak można zneutralizować atak wrocławian (Marc Airhart i Caleb Singleton świetnie wyłączyli ich playmakerów). Jeśli chodzi o atak gości, to tradycyjnym kozłem ofiarnym jest tam quarterback Shane Gimzo. W sobotę miał świetną szansę, żeby po mieszanym występie uciszyć swoich krytyków, ale jej nie wykorzystał. Z drugiej strony, jedno złapane podanie więcej i jedna flaga mniej, a stałby się pierwszym od dłuższego czasu rozgrywającym, któremu udałoby się zdobyć twierdzę Wrocław.


Pogoda!
Z Jackiem Szuszkiewiczem, koordynatorem ofensywy Giants, rozmawia Adrian Fulneczek.

Po meczu, w którym atak zdobywa tylko 9 punktów, koordynator ofensywy ma pewnie sporo uwag...
Mamy dużo do naprawienia, ale muszę też powiedzieć, że w takiej pogodzie grało się bardzo ciężko. Trudno było nawet o biegi, a podawanie zupełnie nie miało sensu. Nawet, gdy piłkę dostawał w ręce Jamal Schulters, nie mógł zrobić niczego, bo tylko się ślizgał. Oczywiście Eagles, to dobra drużyna ze świetną defensywą i mają w tym swój udział, ale my po prostu nie mogliśmy robić tego, co zawsze i zdobywać wielu jardów biegami.

W pewnym momencie przestawiliście się na ofensywę, w której rozgrywającym był Mark Philmore. Taki podwójny wildcat, w którym i on, i Jamal Schulters mogli od razu pobiec z piłką.
Ćwiczymy to już troszeczkę i zawsze mamy to w kieszeni. Jeśli potrzebujemy pobiegać i zadbać o zegar, to możemy sięgnąć po takie rozwiązanie. Te biegi na szczęście dzisiaj w miarę wychodziły i pomogły przy naszym jedynym przyłożeniu dnia.

To coś nowego w tym sezonie, w poprzednich meczach nie pokazywaliście jeszcze takich akcji. Macie więcej takich asów w rękawie?
Nie pokazywaliśmy tego dotąd, to prawda. Mamy jeszcze kilka takich niespodzianek, których jeszcze nie ujawniliśmy.

W końcówce czuliście, że tracicie zwycięstwo? Do początku czwartej kwarty prowadziliście przecież 9:0...
„Zabiło nas” jedno długie podanie, które nagle zmieniło sytuację. Mecz tak naprawdę wygrała nasza defensywa, dla której brawa, bo nie pozwoliła Eagles zdobyć na końcu punktów.

Będziesz miał pretensje do swojego rozgrywającego, że przy sacku (zakończonym fumblem) w końcówce meczu nie zachował się inaczej, nie odrzucił piłki lub nie chronił jej lepiej?
Nie, bo to nie była jego wina, ktoś na linii pozwolił przedrzeć się obrońcy. Pamiętam nawet zagrywkę w tej akcji i wiem, że Bartek nie miał nawet szans uciec.

Co usłyszeliście w pomeczowym kółeczku poza „sto lat”, które zespół odśpiewał Ci (podrzucając Cię do góry) z okazji urodzin? Trener był zadowolony po takim meczu?
Oczywiście, że nie był zadowolony. Po takim starciu to niemożliwe. Musimy poprawić pewne rzeczy na linii ofensywnej, ale nie jest też aż tak źle. Pogoda, po prostu pogoda. Poprawimy te kilka elementów i będzie naprawdę w porządku.


Będzie lepiej

Z Jakubem Juszczakiem, running backiem Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Znowu się nie udało, ale brakowało niewiele.
Zabrakło szczęścia i celnych kopnięć z pola, bo przecież jedno przechyliłoby szalę na naszą stronę. Jak zwykle przegrywamy też przez kilka błędów.

Między innymi fumble, którego Tobie też nie udało się ustrzec...
O tym lepiej mi nie przypominać. Spory wpływ na ten mecz miała pogoda: naprawdę trudno było łapać podania, trudno było trzymać piłkę w rękach, co było widać na moim przykładzie i kolegów, którym też to się zdarzyło. Niełatwo było nawet biegać czy zmieniać kierunki. Trzeba było gnać prosto przed siebie!

...co całkiem nieźle Wam wychodziło i było często źródłem największych zysków jardowych.
Próbowaliśmy też wtedy grać bez huddle, żeby trochę zwiększyć tempo i pogubić tym defensywę. To w wielu momentach działało, ale ostatecznie nie wystarczyło do zwycięstwa. Szkoda, zabrakło nam tego kopnięcia z pola, ale przynajmniej stworzyliśmy dobre widowisko z emocjami do końca.

Jeśli chodzi o te field-goale, to może przydałoby się...
Potrenować?

...ściągnąć kickera z Ameryki?
Nie, nie. Aż tak źle nie jest. Pokazaliśmy dzisiaj w każdym razie, że możemy konkurować z każdą drużyną w tym kraju. Pewnie zagramy jeszcze raz w półfinale i wtedy pokażemy Giants jak to spotkanie powinno się potoczyć.

Pozostaje liczyć na to, żeby wtedy na niebie świeciło słońce.
Dzisiaj też naprawdę mieliśmy swoje okazje, ale wiemy też, że następne mecze na pewno będą coraz lepsze. Dziś po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z nowym koordynatorem ofensywy, Danem Milesem i już widać, że może sporo zdziałać i wnieść do zespołu.