Orły za późno pokazały szpony

26 cze 2013

Porażka 25:27 nie wygląda źle. W tym przypadku prezentuje się zresztą o wiele lepiej niż gra strony pokonanej.

Po ubiegłym sezonie te dwa zespoły miały sobie sporo do wyjaśnienia. Stroną, która powinna skupić się na tym skupić, była oczywiście ekipa Devils, którą Orły pokonały w 2012 roku dwukrotnie na swoim terenie. W drugim wypadku, w półfinale, kończąc pechowy sezon wrocławian. Czas zemsty nadszedł w sobotę, a stawka była podwójna: zwycięstwem Diabły dały sobie szansę na jeszcze jeden mecz z Eagles i dokładniejsze odegranie się za poprzednie porażki.

Lekcja 1.
To gościom od samego początku spieszyło się bardziej. Stwierdzili najwidoczniej, że skoro defensywa gospodarzy była statystycznie najlepszą w lidze, to trzeba ją możliwie szybko zamęczyć poprzez ciągłe granie no-huddle w ataku. To przyniosło efekty już w drugim posiadaniu (wcześniej Eagles zostali zatrzymani, gdy ich rozgrywający pozwolił się powalić po pierwszy z wielu razów). Devils atakowali całym swoim arsenałem, od początku oddając piłkę Xavierowi Glennowi, Dawidowi Tarczyńskiemu i Grzegorzowi Mazurowi. Gdy stanęli przed czwartą próbą i pięcioma jardami do zdobycia, obronę gospodary zaskoczył biegiem rozgrywający Sedrick Harris (ta sytuacja będzie się powtarzała przez całe spotkanie). On też zaliczył pierwsze przyłożenie.

Po odzyskaniu piłki warszawianie sami strzelali sobie w stopę zaliczając holding, a później falstart. Takich problemów nie mieli gracze z Dolnego Śląska, którzy znów z pomocą Glenna i Mazura łatwo doszli do połowy. Tam na samotny bieg zdecydował się Harris i... nikt nie potrafił go zatrzymać. Wiem, że może ta akcja gubi się w natłoku późniejszych punktów i wydarzeń, ale w najważniejszym meczu sezonu, drużynie z czołówki nie wypada pozwalać na takie ”big plays”. Bieg na 50 jardowów rozgrywającego w ostatnim meczu sezonu? Takie momenty kosztują bardzo drogo w playoffach, więc może to dla Eagles dobrze, że odbyli tę lekcję tuż przed nimi.

Lekcja 2.
Gdy i po tym przyłożeniu wydawało się, że kolejna seria jest pogrzebana, Shane Gimzo znalazł w ostatniej chwili Clarence'a Andersona i Eagles maszerowali do przodu. Dwa biegi Michała Kozdrója później byli już w czerwonej strefie. Tutaj zaczęli podaniem na dziewięć jardów, ale w kolejnych akcjach zaliczyli nieudany bieg i zły snap (ponownie: jak można w takiej sytuacji?). Pozostało kopnięcie z pola, w którym nie zawiódł Marcin Łojewski. Po wznowieniu Devils zagrali jedną z akcji meczu: Harris najpierw odrzucił piłkę do Glenna, ale za chwilę otrzymał ją od running backa z powrotem i posłał długie podanie do Karola Pełechatego. Skrzydłowy gości piłkę złapał, ale chwilę później pozwolił wybić ją sobie z rąk. Sędziowie uznali, że piłka jest „żywa”, a stojący najbliżej Caleb Singleton rozpoczął świetną akcję powrotną, zakończoną dopiero na 30. jardzie wrocławian.

Skrót z meczu:



Retransmisja:



To była szansa dla gospodarzy, ale Eagles znowu zawiedli, mimo że po dwóch biegach mieli sytuację 3rdand 1. Ruch przed snapem wykonał jednak Dawid Więckowski (odkrzykując wściekłym trenerom, że po prostu stracił równowagę) i Orły znów mocno utrudniły swoje życie. Cztery jardy dodał co prawda w powtórce próby Gimzo, ale później, w czwartym podejściu, on i Więckowski nienajlepiej poradzili sobie z przekazaniem piłki, dzięki czemu Devils wyszli cało z opresji. Kolejna nauczka dla miejscowych - za takie prezenty jak akcja Singletona trzeba się odwdzięczać punktami w ataku. Eagles mogli zresztą mówić o szczęściu, że do przerwy nie przegrywali wyżej, bo Diabły w swojej ostatniej serii dwukrotnie radziły sobie z czwartymi próbami (bo Harris w trzecich próbach dodawał im osiem jardów, mijając po 5-6 przeciwników) i doszły już na 25. jard, ale tam zabrakło im czasu na zdobycie przyłożenia.

Lekcja 3.
Zaczęła się trzecia kwarta. Pierwsza akcja, Witold Szpotański „urwał” 15 jardów, publiczność oszalała, mimo że to wciąż połowa Eagles. Kolejna akcja, Szpotański dodał siedem jardów, a następny biegacz jeszcze dwa. Orły znów stanęły przed sytuacją 3rd and 1 i... kolejny raz w tym spotkaniu popełniły falstart! Cała pozytywna, z trudem zbudowana atmosfera upadła, bo konsekwencją tej kary jest moment później punt. W ataku takim, jaki grały Orły, z urywaniem kilku jardów na próbę, nie można sobie pozwolić na takie błędy. Ile one kosztują pokazali już chwilę później dosłownie latający po boisku Devils. Glenn zdobywał po 10 jardów na próbę, a kiedy trzeba było dać mu odpocząć podania łapał Pełechaty albo z piłką biegał sam Harris. Już w pobliżu czerwonej strefy posłał doskonałą piłkę do Piotra Wisa i było już 21:3 dla gości.

Wydawało się, że to koniec szans Orłów, których dwie kolejne akcje tylko ich pogrążyły: Gimzo znów czekał tak długo aż dwa razy z rzędu powalili go gracze Devils. Jakimś cudem nadrobił to jednak 16-jardowym podaniem do Jakuba Zdunia, a trener Philip Dillon postanowił zaryzykować grę w czwartej próbie w okolicach boiska. Tym razem jeden z niewielu błędów dnia popełniły Diabły, dając się złapać na offside. Po tej akcji wreszcie mógł błysnąć Anderson, który popędził ze złapanym podaniem 30 jardów, aż do pola punktowego Diabłów. Udane podwyższenie za dwa punkty dawało jeszcze nadzieję, że przy 11:21 ten mecz wciąż można próbować wygrać.

Lekcja 4.
Można było, szczególnie, że defensywa gospodarzy wreszcie zatrzymała atak gości. Po puncie seria Eagles układała się dobrze, ale w jej najlepszym momencie, gdy długie podanie złapał jeden z polskich skrzydłowych, okazało się, że nieprzepisowo pomagał mu w tym... Clarence Anderson. Shane Gimzo zrobił w kolejnych dwóch akcjach to, co robi najlepiej, gdy Orły mają do przejścia ponad 20 jardów: pozwolił się dwukrotnie zsackować. W ataku Devils znów szalał Glenn, zdobywając blisko 40 jardów i doprowadzając swój zespół pod pole punktowe. Tam Eagles bronili się bardzo długo, ale w czwartej próbie najpierw pozwolili na cofnięte przez flagę przyłożenie Glenna, a w jej powtórce, na świetnie złapane Pełechatego. Było 27:11 dla wrocławian i na osiem minut przed końcem, ich marzenia o domowym półfinale były już niemal rzeczywistością.

Eagles odpowiedzieli wyjątkowo od razu, dobrymi akcjami Krzysztofa Stojaka i Marcina Jodłowskiego, zmniejszając starty do 10 punktów. Przy ledwie czterech minutach na zegarze, to nie musiało szczególnie martwić Devils, którzy zaczęli tylko biegać z piłką. Gorąco zrobiło się może, gdy Krzysztof Wis w ostatniej chwili odkopnął futbolówkę. Uratował swój zespół przed stratą, ale pod presją dokopał tylko do własnego 30. jarda. Orły dostały szansę na dodanie temu spotkaniu dramaturgii, ale Gimzo, chcąc tym razem zmienić swoje nawyki, zamiast pozwolić się powalić w pierwszej próbie, rzucił podanie, które nigdy nie powinno opuścić jego dłoni (to też do zapamiętania przed półfinałem). Cornerback Devils, Karol Mogielnicki powinien mu za nie ładnie podziękować. Ten przechwyt oznaczał koniec marzeń, mimo że Orły wierzyły do końca i po kolejnym, ostatnim w meczu puncie Devils, Anderson popisał się jeszcze jedną doskonałą akcją powrotną na przyłożenie. Nie mógł nią już jednak wiele zmienić, a poza tym złapał podobno na jej końcu bolesną kontuzję kolana.

W normalnych sytuacjach, jeśli w danym meczu przebudzisz się za późno i go przegrywasz, to nie ma drugiej szansy. To jednak sytuacja szczególna, w której Eagles (myślący pewnie obecnie „gdyby mecz trwał dwie minuty dłużej, to byśmy go wygrali”) będą mieli taką okazję... już tydzień później. Czy z niej skorzystają i zaczną skutecznie atakować wcześniej niż w momencie, gdy spotkanie będzie już niemal przesądzone? Przekonamy się już w sobotę. Jeśli chodzi o Devils, im po tym meczu nie można wytknąć praktycznie niczego. Gdyby na końcu nie grali tak konserwatywnie, a starali się o kolejne punkty, jestem przekonany, że udałoby się im jeszcze zwiększyć różnicę, z którą wygrali. W sobotę wystarczy, że powtórzą taki występ, a będzie czekał ich jeszcze jeden wyjazd do Warszawy...


To musi być ten mecz

Z Piotrem Osuchowskim, running backiem Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Masz takie wrażenie, że gdyby nie kilka flag i prostych błędów własnych, to ten mecz mógłby ułożyć się dla Was inaczej?
Trochę nerwowo podeszliśmy w pierwszej kwarcie do tego spotkania. W naszej sytuacji ten mecz nic nie zmieniał i tak gralibyśmy z jedną z wrocławskich drużyn: Giants lub Devils. Brak koncentracji, a co za tym idzie kary nie pozwoliły w pierwszej połowie nawiązać walki z tak wymagającym rywalem. Szybka reakcja trenera i nas samych w ofensywie sprawiła jednak, że później nie było aż tak źle.

Czy przegrana dwoma punktami jest w tej sytuacji (meczu „rewanżowego” w półfinale) jakoś krzepiąca i stawia Was w lepszej sytuacji przed półfinałem niż przegrana np. 14 punktami?
Przegrana to przegrana i nieważne czy dwoma, czy czternastoma punktami... Liczy się tylko zwycięstwo. Myślę, że w sobotę triumf będzie kwestią dyspozycji dnia i tego, kto bardziej skoncentruje się na swoim zadaniu na boisku. Ja wiem, że na pewno nie odpuszczę.

I myślisz, że znajdziecie sposób na Devils? Że Wasz atak rozkręci się tym razem wcześniej niż w poprzednim meczu?
Sposób już znaleźliśmy, a nad szybkim wchodzeniem w rytm wciąż pracujemy. To musi być ten mecz, w którym nam to wyjdzie, bo drugiej szansy przecież nie będzie. Ja ze swojej strony zrobię wszystko, żeby tak się stało.


Jesteśmy lepsi
Z Xavierem Glennem, biegaczem Devils Wrocław, rozmawia Adrian Fulneczek.

Zaliczyłeś dzisiaj kolejny bardzo udany występ przeciwko teoretycznie jednej z najlepszych defensyw w lidze – jak oceniasz rywali?
Ich obrona gra na przyzwoitym poziomie. Orły dobrze wyszukują wzrokiem piłkę i potrafią szybko do niej dolecieć.

Zgodziłbyś się z twierdzeniem, że wynik końcowy nie oddaje historii tego spotkania i że zasłużyliście na wyższe zwycięstwo?
Jestem przekonany, że jesteśmy lepsi niż wskazuje na to rezultat. Eagles wykorzystali kilka naszych błędów, bez których wygralibyśmy o wiele wyraźniej.

Już po tygodniu musicie znowu grać z tą samą drużyną, to dla Was kłopot czy raczej ułatwienie skoro już raz ich pokonaliście?
Na pewno nie problem. Wiemy czego się spodziewać po zespole z Warszawy, a przynajmniej jest tak w większości sytuacji. Będziemy skupieniu na wyeliminowaniu błędów mentalnych, rozprężenia i po prostu wykonaniu naszego planu na ten mecz.

Recepta na Eagles, to...?
To, o czym wspomniałem wyżej połączone z szybkim, fizycznym i twardym futbolem. Jeśli uda nam się to zagrać, to awansujemy do SuperFinału.


Warsaw Eagles - Devils Wrocław 25:27 (0:7, 3:8, 8:6, 14:6)

I kwarta
0:7 przyłożenie Sedricka Harrisa po 5-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Grzegorz Mazur)

II kwarta

0:15 przyłożenie Sedricka Harrisa po 50-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za dwa punkty Sedrick Harris po podaniu Austina Smitha)
3:15 25-jardowe kopnięcie z pola Marcina Łojewskiego

III kwarta
3:21 przyłożenie Piotra Wisa po 25-jardowej akcji po podaniu Sedricka Harrisa
11:21 przyłożenie Clarence'a Andersona po 30-jardowej akcji po podaniu Shane'a Gimzo (podwyższenie za dwa punkty Jakub Zduń po podaniu Romana Iwańskiego)

IV kwarta
11:27 przyłożenie Karola Pełechatego po 15-jardowej akcji po podaniu Sedricka Harrisa
17:27 przyłożenie Krzysztofa Stojaka po 5-jardowej akcji po podaniu Shane'a Gimzo
25:27 przyłożenie Clarence'a Andersona po 60-jardowej akcji powrotnej po puncie (podwyższenie za dwa punkty Jakub Juszczak)


Mecz obejrzało 1500 widzów.

MVP meczu:  Sedrick Harris (rozgrywający Devils Wrocław)