Orły zapolowały na Diabły

2 lip 2013

Warsaw Eagles przegrali 25:27 z Devils Wrocław w ostatnim meczu sezonu zasadniczego. Żądni rewanżu szybko odpowiedzieli Diabłom zaledwie tydzień później, dzięki czemu lecą do prawdziwej świątyni futbolu – na Stadion Narodowy.

Devils w całym sezonie zasadniczym zdobyli 60 punktów więcej niż Eagles. Ich atak praktycznie od samego początku rozgrywek prezentował się znakomicie. Xavier Glenn, Grzegorz Mazur i Dawid Tarczyński siali postrach w każdej strefie boiska. Przy nich więcej czasu na udane akcje mieli Krzysztof Wis czy Karol Pełechaty. Trzej muszkieterowie zdobyli razem 200 punktów, ale zabrakło ich w najważniejszym spotkaniu tego roku. Ich nieobecność skrzętnie wykorzystali warszawianie, którzy nie musieli się zmagać z wycieńczającym no-huddle offense.

Cios za cios
Pierwsza kwarta na stadionie przy ul. Sztabowej obfitowała w wiele efektownych akcji defensywnych. Już w pierwszej serii zagrywek błysnął Kamil Żółtaniecki, który podczas trzeciej próby Eagles mocnym uderzeniem zatrzymał Shane’a Gimzo. Eagles odkopnęli futbolówkę i do ataku przeszły Diabły. Najpierw Sedrick Harris posłał piłkę do nominalnego defensive backa Austina Smitha, lecz ten zdobył zaledwie jard. Niemniej dziewięć jardów to nie jest zbyt duża odległość dla odkrycia tego sezonu Karola Pełechatego. Ten 21-letni zawodnik zdobył pierwszą próbę na samym środku boiska. Kolejne 34 jardy dołożyli Krzysztof Wis oraz Harris. Devils bardzo szybko zbliżyli się do end zone Eagles, gdzie stanęli przed ścianą nie do przejścia. Najpierw w dwóch próbach biegowych niewiele wskórał Austin Smith, a w trzeciej Krzysztof Wis wyskoczył ponad Dominika Koniusza, ale nie złapał piłki posłanej w sam narożnik pola punktowego. Przy czwartej próbie i 12 jardach do przejścia gospodarze zdecydowali się iść na całość, ale przewinienie Wisa dało automatyczną pierwszą próbę gościom.

Podbudowani dobrą serią defensywną, Eagles bez większych problemów przesunęli znacznik o 10 i więcej jardów po biegach Jakuba Juszczaka i Witolda Szpotańskiego. Wydawało się, że dotarcie na połowę Devils jest tylko kwestią czasu, lecz Przemysław Cudak powalił na ziemię Gimzo przed linią wznowienia akcji. 3&14 – Gimzo zdobył sześć jardów, lecz nadal brakowało ośmiu do zdobycia upragnionej pierwszej próby. Ku zdumieniu wrocławskich fanów trener Philip Dillon zdecydował się nie wpuszczać na murawę formacji specjalnej. Zaniepokojony Val Gunn poprosił o przerwę na żądanie realizując tym samym malutki plan stołecznych. Dillon znów delegował na murawę Gimzo, który... odkopnął futbolówkę. Blef się udał – Diabły straciły przerwę na żądanie.

Pokaz siły
W ciągu kilku ostatnich lat Eagles budowali swoją ofensywę wokół silnego i zróżnicowanego korpusu biegaczy. Ten półfinał pokazał, że Orły na tej pozycji są nadal mocne. Na początku drugiej kwarty Juszczak pięciokrotnie odbierał futbolówkę od Gimzo, który dołożył jedną indywidualną akcję, czego rezultatem było przesunięcie się do przodu o ponad 30 jardów. To jednak nie był koniec biegowych popisów Orłów. Gdy Juszczak łapał chwilę oddechu, na murawie zameldował się Witold Szpotański. Razem z Clarencem Douglasem Andersonem zdobyli kolejne kilkanaście jardów anonsując przybycie do red zone. Po blisko 10 akcjach biegowych z rzędu Gimzo zaskoczył rywali posyłając futbolówkę do niekrytego Krzysztofa Stojaka, który otworzył wynik spotkania.

Stare piłkarskie porzekadło mówi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Tym razem nie na piłkarskim, lecz futbolowym boisku. Devils mieli swoją okazję, ale musieli obejść się smakiem i to goście kilka minut później wyszli na prowadzenie. Od tego momentu uskrzydlone Orły zaczęły całkowicie dominować na boisku, a Devils popełniać błędy skutkujące przewinieniami i anulowaniem dobrych zagrań. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy Eagles zapolowali po raz drugi, i to będąc pod presją formacji obrony Diabłów. Gimzo i spółka znajdowali się na linii 20 jardów od własnego pola punktowego, a do pokonali mieli następne 20 jardów i to w trzeciej próbie. Przygotowani na konserwatywną grę biegową gospodarze ze zdumieniem patrzyli jak Gimzo posyła kilkudziesięciojardowe podanie do Andersona. Amerykanin złapał futbolówkę za plecami zdezorientowanego Karola Mogielnickiego i z prędkością światła popędził do pola punktowego. Touchdown do szatni może podciąć skrzydła niejednej drużynie.

Dobijanie rywala
Z każdą upływającą minutą Devils byli dalej od Stadionu Narodowego. Świadom tej sytuacji Val Gunn desygnował do gry każdego zawodnika, który mógł wnieść odrobinę świeżości do ataku. Swoją szansę otrzymali Łukasz Szelongiewicz, występujący w każdej formacji Austin Smith i nominalny linebacker Clifford Perryman. Austin praktycznie nie schodził z boiska, co musiało odbić się na jego dyspozycji przy tak fizycznie grającym zespole, jakim są Eagles. Nie od dziś wiadomo, że linia defensywna warszawian potrafi zdominować każdą linię ofensywną w Polsce i sackować rozgrywającego jak zrobił to Krzysztof Dreger w trzeciej i Konrad Paszkiewicz w czwartej kwarcie.

Diabelscy fani w minorowych nastrojach oglądali boiskowe wydarzenia. Przygnieceni lepszą postawą Eagles oddali pola w dopingu fanom z Orlego Gniazda, którzy ucichli gdy Sedrick Harris po raz pierwszym w tym spotkaniu posłał 50-jardowe podanie do Krzysztofa Wisa. Na trybunach wśród miejscowych zaś zapanowała euforia, to miał być ten przełomowy moment w meczu, lecz akcja została cofnięta, gdyż sędziowie odgwizdali przewinienie za nieuprawnioną obecność jednego z zawodników Devils w strefie łapania piłki. To był gwóźdź do trumny Diabłów.

Eagles nie poprzestali na dwóch przyłożeniach i dobili rywala w pierwszej akcji ostatniej odsłony po sześciojardowej akcji biegowej Gimzo. Kolejne podwyższenie zanotował Marcin Łojewski i Orły były już pewne swego. Ich nastrojów nie popsuł nawet touchdown zdobyty przez Sedricka.

Devils Wrocław muszą odłożyć na kolejny rok marzenia o grze w SuperFinale. Natomiast przed Eagles najważniejsze dwa tygodnie w całym roku. Warszawianie już raz schodzili pokonani z murawy Stadionu Narodowego, ale tym razem zapewniają, iż powtórki nie będzie.

 

Byliśmy słabsi
Z Przemysławem Cudakiem, defensywnym liniowym Devils Wrocław, rozmawia Piotr Bera.

Zwycięstwo w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego miało wpływ na wynik półfinału?
O zlekceważeniu nie było mowy. Mecz w Warszawie stał na wysokim poziomie i do końca toczyła się walka o zwycięstwo. Dlatego, do meczu półfinałowego podchodziliśmy w pełni skoncentrowani i nastawieni bojowo przez trenerów.

Głównym powodem porażki był brak Tarczyńskiego, Mazura i Glenna?
Można powiedzieć, że częściowo tak. Mazur i Tarczyński doznali kontuzji podczas meczu w Warszawie. Kiedy tracisz dwóch podstawowych skrzydłowych, którzy w tym sezonie zdobyli łącznie 17 przyłożeń z 31 po akcjach podaniowych, a 2 dni później jednego z najlepszych biegaczy w polskiej lidze (13 z 25 przyłożeń), to musi się to odbić na grze ataku. Mieliśmy jednak nadzieję, że uda się tych zawodników zastąpić. Niestety, tylko jedno zdobyte przyłożenie mówi samo za siebie.

Podczas meczu odnosiłem wrażenie, że przegraliście również w głowach. Tak jakby utrata tych trzech zawodników całkowicie podcięła Wam skrzydła.
Nic bardziej mylnego. Jestem przekonany, że wszyscy zawodnicy podchodzili do tego meczu zdeterminowani, żądni rewanżu za ubiegłoroczny półfinał. Ale też chcieliśmy 'pomścić' naszych kolegów, którzy doznali w Warszawie poważnych kontuzji.

Przez dłuższy czas formacja obrony spisywała się naprawdę dobrze, ale w końcu musieliście ulec.
Zabrakło nam Smitha, który musiał grać w ataku. Czasami wychodził w obronie, jednak nie da się grać na 100% występując w każdej formacji, co było widoczne pod koniec meczu, kiedy łapały go skurcze. Nie jest to możliwe na tym poziomie rozgrywek. W decydujących momentach popełniliśmy indywidualne błędy, które kończyły się przyłożeniami dla Eagles. Niestety taki jest sport, raz się wygrywa, a raz przegrywa. Tym razem okazaliśmy się słabsi.

Eagles wygrali przede wszystkim świetną egzekucją zagrywek biegowych. Wcześniej bardzo dobrze radziliście sobie z grą dołem. Co się stało?
Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Być może było to spowodowane słabszą dyspozycją poszczególnych zawodników, złym doborem zagrywek, słabą komunikacją między trenerem a zawodnikami? Z pewnością po obejrzeniu nagrania z meczu, będę mógł wypowiedzieć się jednoznacznie.


Mieliśmy coś do udowodnienia

Z Arturem Góralczykiem, ofensywnym liniowym Warsaw Eagles, rozmawia Piotr Bera.

To zwycięstwo musi smakować wybornie.
Jest fantastycznie. Brak nam słów. W tym roku Topliga jest tak wyrównana, że jadąc na mecz nie jesteś do końca pewien, czego się spodziewać.

Zagraliście świetny mecz egzekwując założenia trenera Dillona.
Siedzieliśmy cały tydzień analizując taktykę przeciwnika. Poznaliśmy ich na wylot, co jak widać opłaciło się. Zabrakło u nich trzech podstawowych zawodników, ale nie chcę utożsamiać naszej wygranej z problemami Devils. Czołowe drużyny Topligi powinny posiadać tak szerokie ławki rezerwowych, żeby móc w każdej chwili zastąpić kontuzjowanych starterów. Braki w składzie to żadna wymówka.

Tydzień wcześniej przegraliście z Devils na własnym terenie. Jak tamten mecz wpłynął na Waszą grę w półfinale?
Zdecydowanie tamta porażka zmotywowała nas do cięższej pracy. Jechaliśmy do Wrocławia z zamiarem udowodnienia im, że jesteśmy lepsi. Natomiast Diabły chyba nas trochę zlekceważyły.


Devils Wrocław – Warsaw Eagles 6:21 (0:0,0:14,0:0,6:7)

II kwarta
0:7 przyłożenie Krzysztofa Stojaka po 17-jardowej akcji po podaniu Shane’a Gimzo (podwyższenie za jeden punkt Marcin Łojewski)
0:14 przyłożenie Clarence’a Douglasa Andersona po 70-jardowej akcji po podaniu Shane’a Gimzo (podwyższenie za jeden punkt Marcin Łojewski)

IV kwarta
0:21 przyłożenie Shane’a Gimzo po 6-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Marcin Łojewski)
6:21 przyłożenie Sedricka Harrisa po 3-jardowej akcji biegowej


Mecz obejrzało 500 widzów.

MVP meczu: Shane Gimzo (quarterback Warsaw Eagles)